close
WAŻNE

W warszawskim Novotelu odbył się polsko-amerykański szczyt hodowlany. Ro...czytaj więcej Marzec 2018 roku był dla mleczarni Hochland w Węgrowie miesiącem sz...czytaj więcej Konferencja odbędzie się w dniach 2–4 lipca 2018 r. na Uniwe...czytaj więcej Temat konferencji: „Profilaktyka chorób przeżuwaczy – jak nie st...czytaj więcej

Blisko trzy dekady pracy hodowlanej

Określenie kierunku rozwoju genetycznego stada, który uwzględni możliwości i perspektywy rozwoju gospodarstwa, jest kluczem do zarabiania pieniędzy na produkcji mleka. Istotą pracy hodowlanej jest uzyskanie potomstwa o wartości genetycznej wyższej niż wartość genetyczna jego rodziców. Bardzo dobrze wiedzą o tym w gospodarstwie rodzinnym w Garzewku na Warmii i Mazurach, gdzie pracy hodowlanej poświęca się bardzo dużo uwagi.

Tekst i zdjęcie: Radosław Iwański

Wojciech Jończyk wraz z córką Elżbietą mogliby godzinami opowiadać o postępie hodowlanym ich stada. Zdają sobie sprawę z tego, że decyzje hodowlane muszą być podejmowane odpowiedzialnie, a żeby tak było, trzeba mieć dużą wiedzę. Po blisko trzech latach pracy hodowlanej samice mają pożądaną budowę i produkują wysokiej jakości mleko. Zwierzęta z tego gospodarstwa są chętnie kupowane do dalszej hodowli przez innych producentów. Jończykowie ciężko pracowali na sukces hodowlany.

– Gdy zaczynaliśmy produkcję mleka w 1994 r., mieliśmy kontakt ze znakomitym żywieniowcem, który już wtedy podkreślał, że efekty produkcyjne biorą się nie tylko z samego żywienia, ale także z wartości hodowlanej samic – przyznaje Wojciech Jończyk. Na zachodzie Europy mocno podkreślano znaczenie wartości genetycznej stada. – Doradca nalegał, żeby zwracać uwagę na rodowody buhajów używanych do inseminacji, podrzucając nam katalog buhajów, pierwszy taki periodyk w naszym gospodarstwie, gdzie były dokładnie rozrysowane linie genetyczne samców – dodaje.

Tym doradcą był Holender ściągnięty na Warmię i Mazury przez spółkę, która wykupiła mleczarnię w Lidzbarku Warmińskim. Jończykowie, aby mieć dobrej jakości produkt do przetwarzania, a także stabilną produkcję przez cały rok, bez zimowych spadków wysokości pozyskiwanego mleka, inwestowali w doradztwo żywieniowo-hodowlane. Nie mieli innego wyjścia.

– Myśli w tamtym czasie były różne – przyznaje Jończyk. – Kupili naszą mleczarnię, teraz chcą sprzedawać nam swoje krowy, do takich prostych wniosków dochodziło bardzo wielu hodowców – dodaje.

Wtedy rodziły się w Polsce zalążki świadomości hodowlanej. Producenci mleka zaczynali rozumieć, że poprzez pracę hodowlaną i wprowadzanie do stada pożądanych cech szybko nie osiągną zakładanych celów. Dlatego też Wojciech Jończyk już w 1996 r. podjął decyzję o wymianie prawie całego stada. Białaczka i tak dokonałaby dzieła zniszczenia. Wymiana samic wiązała się z olbrzymimi kosztami finansowymi. Na tamte czasy półtora miliona złotych to był olbrzymi wydatek. – Nie było innego wyjścia – wspomina hodowca. Sprowadził 34 wysoko cielne czystorasowe holsztyno-fryzy prosto z Holandii. Te samice dały podwaliny pod budowę zupełnie nowego ładu hodowlanego w Garzewku. Ale nie tylko one.
Sprowadzenie dobrej genetyki z Zachodu wiązało się z pewnymi kłopotami. Hodowcy, którzy tego dokonali, dość pogardliwie patrzyli na buhaje testowe, dążąc do dalszego wzrostu produkcji. Kłopoty były także z pozyskaniem nasienia buhajów dobrej wartości hodowlanej. – I wtedy znowu pomocną dłoń wyciągnęli do nas Holendrzy z Lidzbarka. Prawie dwa lata za ich pośrednictwem sprowadzałem nasienie z Holandii – wspomina Jończyk.
Efekty przyszły bardzo szybko. Już po niedługim czasie siedem samic zostało zakwalifikowanych na matki buhajów. Ojcami pierwszych, które rodziły się w gospodarstwie Jończyków, były: Mountain, Bellwood, Blacstar i Cleitus. Linie genetyczne po pierwszych dwóch z nich są dziś najbardziej rozbudowane. – Można wymienić jeszcze kilka samców, które pojawiają się w rodowodach krów, są nimi: Delta Abbott, Top Monitor, Legend i synowie Sunny Boy, np. Royal – przyznaje hodowca.

Jednak, jak zaznaczono, Jończykowie nie wymienili całego stada. Pozostawili trzy polskie samice. Jedna z nich utworzyła linię mateczną o męsko brzmiącym imieniu Dziadek. Początki tej linii – co ważne, polskiej linii – datowane są na 1994 r. Przyglądając się jej, widać jak na dłoni pracę hodowlaną, jaką wykonano w gospodarstwie. Samica o imieniu Dziadek, która w 305-dniowej laktacji dawała nieco ponad 4 tys. kg mleka, była inicjatorką. Kolejne pokolenia doiły już powyżej 7 tys. kg w laktacji. Inne córki z tej linii, jak np. urodzona w 2000 r. po Royalu, dały już nawet 10 tys. kg mleka w laktacji. Kolejne jeszcze więcej. W rodowodzie urodzonych przez nią cieląt przewijają się następujący ojcowie: Tugolo, Laibert, Bronx i Lemming. Po Bronxie przyszła na świat samica. Gdy osiągnęła dojrzałość płciową, została zainseminowana Bostonem. Dała dwie córki, po buhajach Stallion i Shotpol. Ojcami jej córek w kolejnym pokoleniu są Border i Adorable. Wszystkie kolejne córki noszą imię Dziadek, dla rozróżnienia uzupełnione o kolejne cyfry. Dziś w stadzie jest kilkanaście samic wywodzących się od Dziadka urodzonego w 1994 r. Te samice, które były celowo kryte buhajami tzw. pokojowcami, mogą obecnie występować na wystawach bydła hodowlanego. Samica z piątego pokolenia była brana pod uwagę jako rezerwowa na tegoroczną wystawę w Ostródzie.

Warto zadać sobie pytanie: jak wyglądała protoplastka linii? Była niska i miała nisko zawieszone wymię. Dawała sporo mleka – jak na tamte czasy – choć słabej jakości. Szukano buhajów, które poprawiłyby tę jakość, dałyby wyższą zawartość tłuszczu i białka, a także kaliber. Jak wyglądają dziś samice z tej linii matecznej? – Po 25 latach pracy hodowlanej są w typie pożądanym – przyznaje Wojciech Jończyk.

Wzrost wydajności samic i poprawa ich długowieczności były możliwe dzięki pracy hodowlanej. Samice w kolejnych pokoleniach, które rodziły się w gospodarstwie, były udoskonaloną wersją swoich matek. Oczywiście to także zasługa ich ojców. Wzrost wartości hodowlanej stada stał się faktem.

Jak przyznaje Wojciech Jończyk, wartość genetyczna stada czy, jak kto woli, wartość hodowlana stada decyduje o ekonomicznym powodzeniu produkcji mleka. – Sama w sobie wartość hodowlana nie zaistnieje w produkcji, jeśli nie stworzymy krowom optymalnych warunków w chowie – mówi hodowca. – Dopiero połączenie jej z żywieniem, dobrostanem i prawidłową obsługą przyniesie oczekiwane korzyści – dodaje. – To, co zarobimy na samicy w pierwszej laktacji, dopiero zrekompensuje nam poniesione koszty jej wyhodowania – przypomina Elżbieta Jończyk. – Dopiero w trakcie drugiej laktacji możemy zacząć zarabiać na mleku i włożonej wcześniej pracy – uzupełnia. – Ten schemat bardzo wyraźnie pokazuje, jak ważna jest praca hodowlana i dlaczego właśnie jej musimy poświęcić najwięcej uwagi –przyznają zgodnie.

Story Page