Gdy hodowla jest pasją

Tekst i zdjęcia: Mateusz Uciński

Hodowlę krów i produkcję mleka można traktować jako ciężką pracę. Może też stać się pasją, w której uczestniczy cała rodzina. Właśnie tak jest w gospodarstwie Ryszarda Tomaszewskiego z Bombalic w gminie Gozdawa z województwa mazowieckiego, gdzie hodowca wraz z synami prowadzi stado ponad 300 krów, osiągając w swojej hodowli nie lada efekty.

Można sobie zadać pytanie: co jest wyznacznikiem sukcesu w gospodarstwie mlecznym? Odpowiedź nasuwa się sama. W bombalickiej oborze średnia wydajność za 2015 rok wyniosła 8686 litrów mleka, z danych za październik br. wynika, że wzrosła do 8883 litrów, zatem tegoroczny wynik będzie jeszcze lepszy, co przy tak licznym stadzie jest dużym osiągnięciem. Jakby tego było mało, na ostatnich targach Mleko-Expo Ryszard Tomaszewski zajął pierwsze miejsce w XII Mlecznych Mistrzostwach Polski, w kategorii największych dostaw w województwie mazowieckim i w skali kraju. Przyjrzyjmy się zatem, co stoi za takimi sukcesami.

Szczypta historii
Tomaszewski, jak sam to z dumą zaznacza, urodził się w tym gospodarstwie. Od rodziców przejął je w 1990 roku i razem z żoną Grażyną rozpoczął jego rozbudowę. Z początku hodował tylko 14 krów, mając do dyspozycji 11 ha i 3 ary ziemi, ale z czasem – chociaż hodowca nie ukrywa, że na początku były z tym problemy – dokupywał grunty, aż do obecnego stanu, tj. 175 ha. Naturalnie powiększał się również park maszynowy, a także to, co w tego typu gospodarstwie najważniejsze, czyli stado, aż w 2004 roku podjął decyzję o postawieniu nowej obory. Obiekt ten był długi na 48 m i mogło się w nim pomieścić 120 krów, w trybie wolnostanowiskowym, obsługiwanych przez halę udojową typu Auto Tandem 2×4. Był to, zdaniem Tomaszewskiego, kluczowy moment dla jego hodowli, od którego można mówić o rozkwicie gospodarstwa, zwłaszcza że w jego działanie aktywnie zaczęli włączać się synowie: Darek i Arek, którzy, chociaż byli dziećmi, od najwcześniejszych lat przejawiali żywe zainteresowanie krowami i nie straszna im była praca przy nich, co – jak się okazało – zaprocentowało w przyszłości. Wiele lat później to właśnie oni byli największymi orędownikami rozbudowy dotychczasowej obory, co ostatecznie dokonało się w 2012 roku.

Obora jak marzenie
Nowa, także wolnostanowiskowa obora, która docelowo może pomieścić 340 sztuk bydła, powstała z modyfikacji starego budynku, powiększonego o dobudowane prawie 78 m długości powierzchni użytkowej. Wzniesiona została według projektu technologicznego Lely. Budynek ma wymiary: szerokość – 24 m, długość – 121 m, a jego wysokość w kalenicy wynosi 7 m. Posiada wyjątkowo szerokie korytarze przylegające do stołu paszowego, każdy o szerokości 3,5 m, a także wygodne legowiska o szerokości 1,2 m oraz długości 4,4 m (środkowe, podwójne) i 2,5 m (przyścienne). Wyłożone są dwuwarstwowymi matami gumowo-piankowymi. Obora ma konstrukcję stalowo-wolnonośną i podobnie jak wcześniejszy obiekt, posiada posadzkę rusztową. W kalenicy dachu znajduje się szczelina wywiewna o szerokości 2,4 m, przykryta półkolistymi świetlikami, których światło można regulować przepustnicami obsługiwanymi ręcznie. Oświetlenie budynku stanowi system Lely L4C, w skład którego wchodzą dzienne lampy sodowe i nocne, świecące na czerwono. Dzień świetlny w obiekcie trwa 16 godzin, a dzięki takiemu rozwiązaniu zwiększa się spożycie paszy, co z kolei przekłada się na większą wydajność krów. W nowej oborze halę udojową zastąpiło 5 robotów Lely Astronaut A4 obsługiwanych przez dwie jednostki centralne z systemem podciśnienia i mycia. Tomaszewscy są bardzo zadowoleni z wyboru takiego rozwiązania. – Praktycznie skończyły się zapalenia wymion – konstatuje hodowca. – Oprócz tego roboty dobrze i dokładnie doją, a przy tym nie trzeba tak pilnować krów, jak wcześniej. Jedynie serwis mógłby być bliżej – dodaje ze śmiechem. Oborę wyposażono także w robota do oczyszczania posadzek ażurowych, robota do podgarniania pasz na stole paszowym, wannę do kąpieli racic, poskrom weterynaryjny, a także automatyczną odpajalnię dla cieląt. Obecnie w obiekcie przebywa 318 krów, z których 270 jest dojonych.
Oszczędności przy krowach to grzech
Kiedy się spyta Ryszarda Tomaszewskiego o koszty prowadzenia takiego gospodarstwa, jego odpowiedź jest niezmienna – nie wolno oszczędzać na krowach! I to w żadnej kwestii, obojętnie, czy chodzi o pasze, dodatki, czy ich dobrostan. Zdaniem hodowcy, jeżeli ktoś już decyduje się na takie przedsięwzięcie, jak praca z krowami i produkcja mleka, to najważniejsze dla niego powinny być dwie rzeczy: mieć dobre samice i dobrze je odżywiać. – Krowa musi mieć dostarczone wszystkie niezbędne dla niej elementy, białko, włókno czy mikroelementy. Podstawą w dobrej hodowli jest żywienie. Kiedy w gospodarstwie nie ma prawidłowego żywienia, nie możemy nawet myśleć o dobrej, przynoszącej zyski hodowli. Gdy dopilnujemy tego, mamy wszystko – zarówno zdrowe krowy, jak i dużo mleka. A wtedy aż się chce przy tym wszystkim robić!
W gospodarstwie pasze przygotowywane są samodzielnie. Pozwala na to areał, który obecnie wraz z dzierżawami wynosi 240 ha, przy czym 160 ha w tym roku obsianych było kukurydzą. W oborze krowy podzielone są na 3 grupy żywieniowe, w zależności od wydajności zwierząt, i grupę krów zasuszonych. Aby poprawić bezpieczeństwo ich mobilności, niedawno przeprowadzone zostało szlifowanie rusztów w starszej części budynku, to zapobiega ślizganiu się zwierząt, a co za tym idzie, niekiedy bardzo groźnym kontuzjom.

Stado bez młodzieży
Tym, co może zadziwić w oborze państwa Tomaszewskich, jest absolutny brak cieląt i jałówek. Hodowcy nie odchowują ich, lecz bardzo szybko sprzedają, niekiedy nawet po 4 czy 5 dniach od urodzenia. Na ogół kupują je okoliczni hodowcy do dalszego odchowu, a fakt, że z kupcami nie ma problemu, może świadczyć o tym, że potencjalni nabywcy są pewni jakości sztuk, które otrzymują z tego gospodarstwa. Takie działania przynoszą panu Ryszardowi całkiem zadowalający dochód, który z kolei stanowi znaczące wsparcie finansowe przy zakupach nowych zwierząt. Krowy zasilające stado są na bieżąco dokupywane w Niemczech. Powiększając i uzupełniając stado, hodowca zwraca przede wszystkim uwagę na dobre wymię, ogólną zdrowotność zwierzęcia i prawidłowo ułożone racice, co w przypadku obory usytuowanej na rusztach jest bardzo ważne. Można powiedzieć kolokwialnie, że jest „ciągły ruch w interesie”, a obrót materiałem hodowlanym nie ustaje, chociaż – jak ocenia hodowca – krowy u niego pozostają średnio 4 lata, czyli statystycznie ok. 3,7 laktacji, co jest typowym wynikiem dla dużego stada.
– Cały czas inwestuję – komentuje tę sytuację hodowca. – Im więcej się produkuje, tym więcej się wyjmuje z gospodarstwa. Nie może być zastojów.

Kolejną rzeczą, która wyróżnia tę oborę od innych stad bydła mlecznego, jest mało popularne krycie haremowe, czyli naturalne pokrywanie krów własnymi buhajami. Tomaszewscy – niezadowoleni z jakości kupowanych kiedyś słomek z nasieniem, a co za tym idzie, trudnościami ze sztuczną inseminacją – zdecydowali się na takie rozwiązanie.

Obora państwa Tomaszewskich powstała na bazie rozbudowy poprzedniego obiektu

Praca z głową
Zdecydowanie tym, czego można pozazdrościć, a jednocześnie stawiać za wzór jest organizacja pracy w gospodarstwie. Wcześniej pisaliśmy o zaangażowaniu synów Ryszarda Tomaszewskiego w hodowlę od najmłodszych lat, i że to zaprocentowało w przyszłości. Obydwaj już dorośli, Dariusz i Arkadiusz, cały czas aktywnie pracują w rodzinnym gospodarstwie i – jak zaznacza z dumą ich ojciec – tak naprawdę to większość spraw jest już na ich głowie. Można tu spokojnie napisać o swoistym trójpodziale obowiązków: głowa rodziny zajmuje się uprawami i ich zbiorem, starszy z synów, Dariusz, obsługuje roboty udojowe i programy komputerowe powiązane z nimi oraz ze stadem, z kolei młodszy, Arkadiusz, specjalizuje się w żywieniu zwierząt i w jego gestii leży między innymi układanie dawek pokarmowych i ich modyfikacje. Obydwaj młodzi Tomaszewscy zdobyli wykształcenie rolnicze i cały czas doskonalą swoje umiejętności, uczestnicząc w różnych kursach, co także jest pewnym rodzajem inwestycji w gospodarstwo, ponieważ pozwala zaoszczędzić na usługach zewnętrznych firm i ich specjalistów. Do codziennej pracy Tomaszewscy zatrudniają jednego pracownika. Jednocześnie trzeba wspomnieć, że w gospodarstwie korzystają z wielu aplikacji, dzięki którym mają pełną kontrolę nad tym, co się dzieje. Niebagatelną rolę w prowadzeniu hodowli – co z mocą zaznacza Ryszard Tomaszewski – pełnią raporty wynikowe z oceny wartości użytkowej bydła, dzięki którym mają komplet danych o stanie krów poddawanych próbnym udojom, co w porę pozwala dostrzec potencjalne zagrożenia w stadzie. Czy taki system pracy się sprawdza? Obrazować to może anegdota z gospodarstwa.

Pewnego razu przyjechał tam z wizytą dyrektor dużej hodowli i zastał w oborze tylko jednego z synów. Kiedy zapytał, gdzie reszta pracowników, usłyszał, że ojciec gdzieś pojechał, poza tym i tak go nigdy nie ma, a brat jest w szpitalu. – Jak to? – zdziwił się gość. – Ja do 250 krów zatrudniam 12 osób, a was jest tu trzech, a i tak dajecie sobie radę?!

Plany
Wielkim marzeniem Tomaszewskich jest kolejna rozbudowa obory. Tym razem o kolejne miejsca dla 200 krów, które byłyby obsługiwane przez kolejne 3 roboty udojowe. Na razie jednak, jak zaznacza Ryszard, trzeba się z tym wstrzymać. W najbliższym czasie Tomaszewscy planują dokupić 40 krów, żeby maksymalnie obsadzić nimi istniejącą oborę. Aby usprawnić dój, uruchomiona zostanie ponownie hala Auto Tandem, pochodząca z pierwotnej wersji obory, nadal sprawna i w każdej chwili gotowa do użycia.

Krowy doi 5 robotów