KLINIKA NA URODZINY

Termin „in vitro” najbardziej kojarzy się z nieustannymi bojami o dofinansowanie tego zabiegu w ludzkiej medycynie. Jednak mało kto wie, że ma on swoje odniesienie także w rozrodzie bydła. Co prawda w Europie nie jest tak popularny, jak za oceanem, ale pierwsze kliniki oferujące takie usługi już się pojawiły. Jedną z nich prowadzi na Mazowszu lekarz weterynarii Piotr Skup, który mimo młodego wieku może pochwalić się niebagatelnymi sukcesami. Odwiedziliśmy go w Kosieradach Wielkich, gdzie mieści się jego nowoczesna klinika Bovisvet, i porozmawialiśmy o tym, czym jest metoda in vitro u krów i jakie korzyści mogą z niej czerpać hodowcy.

Tekst i zdjęcia: Mateusz Uciński

Piotr Skup, jak sam to określa, biznesem związanym ze zdrowotnością krów zajmuje się od 2008 roku. Jeszcze w czasie studiów weterynaryjnych w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie otworzył działalność gospodarczą i rozpoczął świadczenie usług dla hodowców bydła w zakresie korekcji racic i inseminacji. Po ich ukończeniu w 2010 roku założył gabinet weterynaryjny, który od samego początku ukierunkowany był wyłącznie na krowy, ze szczególnym naciskiem na krowy mleczne. Celem tej lecznicy było zarządzanie oraz kompleksowa obsługa obór i hodowli bydła, w której skład wchodziłyby zabiegi inseminacyjne, audyt, szczepienia czy korekcja racic, a także leczenie i – najistotniejsze dla kliniki – prowadzenie rozrodu. W ostatnim działaniu bardzo pomagają specjalistyczne programy komputerowe „spinające” najlepsze stada objęte tą usługą, polegającą na badaniach powycieleniowych, synchronizacji rui, badaniach na cielność i – ogólnie mówiąc – planowanym rozrodzie. Jak zaznacza mój rozmówca – nie ma wtedy takiej sytuacji, że w dużych oborach naraz w jednym miesiącu cieli się 20 albo 30% stada, a w następnym kolejne 5 czy 2%. Dzięki takiemu zarządzaniu stadem, jest stała regularność wycieleń, a co za tym idzie – stabilna regularność produkcji.

– Jest to bardzo istotne przy podziale na grupy – zaznacza Piotr Skup. – Kiedy pierwsza grupa jest mniejsza i nie może wycielić się naraz 20% stada, bo w poprzednim miesiącu też były jakieś wycielenia, to wtedy zwierzęta zwyczajnie by się nie mieściły, a mają być, powiedzmy, 3 miesiące na tej grupie. Dzięki takiemu zarządzaniu, oprócz wspominanej stabilności produkcji, mamy także na ogół wyższą wydajność – podkreśla z mocą mój rozmówca.

Nie są to jednak jedyne formy działalności, jakie zapewnia firma pana Skupa. Nim jednak do tego przejdziemy, warto zaznaczyć, że – jak to się potocznie mówi – nie od razu Kraków zbudowano, a początki działalności kliniki Bovisvet nie wyglądały wcale tak różowo. Może to kogoś zdziwić, jednak wszystko zaczęło się od pewnej stodoły…

Początki
– Po skończeniu studiów bardzo zależało mi na tym, żeby pracować na terenie, z którego się wywodzę, czyli w okolicach Sokołowa Podlaskiego – wspomina pan Piotr. – Wtedy od mojego ojca dostałem starą stodołę i leżący obok niej hektar ziemi. Udało mi się przerobić ją na lecznicę, był to pierwszy z jej budynków, i tak naprawdę od tego się zaczęło. W między czasie byłem też trzykrotnie na wyjazdach w Stanach Zjednoczonych, gdzie miałem okazję przebywać w ośrodku, w którym tworzone są zarodki w warunkach in vitro. Było to coś niesamowitego, tam wytwarza się ich około 3 tysięcy tygodniowo. Trzeba zaznaczyć, że ten rynek bardzo dynamicznie się rozwija, bo na dzień dzisiejszy za oceanem 60% transferowanych zarodków jest właśnie tego typu. Dla porównania, w Polsce jest to przysłowiowe zero, zero, nic, a w Europie tylko kilka procent. Kiedy wróciłem do Polski, taka działalność stała się moim marzeniem. Żartowałem, że może na emeryturze uda mi się założyć taki szpital. Ale potem przemyślałem sprawę i stwierdziłem, że teraz jest mój czas, żeby działać, moje 5 minut, i trzeba o to walczyć. Po namyśle, w 2014 roku podjęliśmy decyzję o budowie drugiego obiektu, i po upływie 7 miesięcy był już gotowy do użytku. Zbiegło się to akurat z moimi trzydziestymi urodzinami, więc żartuję, że zrobiłem sobie prezent na tzw. trzydziechę – śmieje się pan Skup.

Kiedy budynek szpitala już był na swoim miejscu, rozpoczął swoją działalność, lecz to było związane z kolejnymi wydatkami, takimi jak chociażby zakup zwierząt, który nie jest tani, zwłaszcza gdy chce się mieć sztuki, które pozwolą na produkcję i sprzedaż zarodków. Nie obyło się też bez problemów. Największym z nich byli pracownicy, a raczej ich brak, bo – jak opowiada właściciel kliniki i szpitala – embriolodzy, którzy pracują w ludzkich laboratoriach, raczej niechętnie patrzą na embriologię zwierzęcą. Na szczęście udało się skompletować ekipę, z którą przeprowadzono pierwsze zabiegi. Byli to naukowcy z Polskiej Akademii Nauk w Olsztynie, a obecnie klinika korzysta z pomocy i doświadczenia pracowników SGGW w Warszawie. Trzeba tu także nadmienić, że cała inwestycja sfinansowana została z kredytów, ponieważ jej pomysłodawca, niestety, nie uzyskał żadnego z unijnych dofinansowań. Dopiero teraz udało się skorzystać z dopłat na towarzyszące klinice gospodarstwo, które zostaną spożytkowane m.in. na zakup sprzętu rolniczego. Zostały również złożone wnioski o wsparcie na rozbudowę obory, a także finansowanie całego medycznego przedsięwzięcia.

Być pionierem
Klinika Piotra Skupa to jedyna w Polsce placówka i jedna z trzech w Europie, które zajmują się zabiegami in vitro u bydła. Patrząc na możliwości, jakie przynosi ta metoda, nasuwa się pytanie, dlaczego cały czas jest to tak mało popularne?
– Odpowiedź jest bardzo prosta – wyjaśnia pan Piotr. – Przede wszystkim wiąże się z tym zakup bardzo drogiego sprzętu, bo wyposażenie całego laboratorium to koszt około 1,5 miliona złotych. Drugą kwestią jest skompletowanie odpowiedniego zespołu, który tym się zajmie i będzie posiadał odpowiednie kwalifikacje. Sumując to, trzeba przyznać, że koszty uzyskania zarodków też są wysokie. Prowadząc taką klinikę, zupełnie nieopłacalne byłoby posiadanie zaledwie jednej krowy i od niej pozyskiwanie zarodków. Musi być stado dawczyń, żeby to prowadzić na masową skalę. Należy także wspomnieć o korzyściach dla hodowców płynących z metody in vitro. A są one takie, że w przypadku wyceny genomicznej my jesteśmy już w stanie pozyskiwać ciąże od dawczyń niedojrzałych płciowo, czyli pięcio-, sześciomiesięcznych. Kolejną dużą przewagą – zaznacza właściciel kliniki – jest to, że nie zakłócamy cyklu płciowego zwierząt. Jałówki płuczemy od 5. do 6. miesiąca, w wieku 14 miesięcy zacielamy je i dopiero potem je „kłujemy”. Komórki jajowe możemy pobierać od zwierząt praktycznie do połowy ciąży, do 175. dnia. Co więcej, nasze ostatnie doświadczenia dowodzą, że jakość uzyskiwanych komórek jajowych od zwierząt cielnych jest dużo lepsza niż tych od niecielnych. Obawiałem się, naturalnie, podczas pierwszych prób, aby nie zaszkodzić ciąży, jednak nic takiego się nie stało i chociaż ilość uzyskiwanych eocytów jest mniejsza, to ich jakość z kolei nieporównywalnie lepsza – akcentuje Piotr Skup.

Czym jest in vitro?
Jak zatem wygląda sam proces in vitro u bydła? Otóż od wybranego zwierzęcia (które nie musi być przygotowane hormonalnie, ale musi być zdrowe), przy pomocy przystawki biopsyjnej, pod kontrolą USG, pobierane są komórki jajowe przez nakłuwanie pęcherzyków. Pobierany jest również płyn pęcherzykowy, z którego izolowane są eocyty, przenoszone następnie do dojrzewania, trwającego od 24 do 36 godzin. Dalej następuje proces zapładniania już dojrzałych eocytów, które kąpią się w nasieniu przez ok. 24 godziny. Po tym czasie już zapłodnione zarodki przemieszcza się do ostatniej pożywki, gdzie prowadzona jest hodowla, która trwa do 7 dni. Podczas tego okresu poddana jest ona obserwacji, aż do fazy moruli i blastocysty. Po wspomnianym tygodniu istnieją dwie drogi działania: pierwsza – polega na transferowaniu „na świeżo” do biorczyń w klinice, druga – na mrożeniu. Klinika pracuje nad ulepszeniem metody przechowywania zarodków, skłaniając się ku metodzie witrifikacji, dającej największy odsetek przeżywających w stanie mrożenia zarodków, bo aż 90%. Tyle teorii, a jak to wygląda w praktyce?

Ciąża w pakiecie
– Mamy bazę dawczyń i bazę biorczyń – opowiada pan Skup. – Gdy już uzyskamy blastocysty, to albo je mrozimy i sprzedajemy, albo transferujemy do naszych biorczyń lub biorczyń naszych klientów. To ostatnie jest bardzo ciekawym rozwiązaniem. Jeżeli hodowca nie chce nowego zwierzęcia, tylko użycza mi biorczyni, czyli udostępnia „inkubator”, to otrzymuje ode mnie 2 tys. zł. Nie ponosi, naturalnie, kosztów inseminacji, ja transferuję zarodek, a on ma cielną jałówkę, której potomstwo po urodzeniu jest moje. Istnieje także możliwość sprzedaży gotowej ciąży. Jest taka sytuacja, że zarodek kosztuje przykładowo 700 zł, ale istnieje prawdopodobieństwo, że się nie przyjmie. Wtedy hodowca może sobie wybrać z naszej oferty konkretną ciążę, po konkretnych rodzicach, co kosztuje około 2,5 tys. zł. Czyli de facto do jego gospodarstwa wędruje jałówka cielna do dojenia, z bardzo dobrej jakości cielakiem w środku. Taki pakiet – śmieje się Piotr Skup.

Właściciel kliniki zaznacza, że już w wielu miejscach na świecie taka praktyka bardzo dobrze funkcjonuje i się sprawdza, zyskując cały czas chętnych na takie rozwiązanie.

Nie tylko embriotransfer
Myliłby się ktoś, kto by sądził, że działalność kliniki w Kosieradach Wielkich koncentruje się tylko na szeroko pojętym transferze zarodków. Jak już wcześniej wspomniano, firma skupia się na kompleksowej obsłudze zarówno hodowców bydła, jak i rolników.

– Mamy teraz 3 działy naszej działalności – wylicza Piotr Skup. – Pierwszym z nich jest weterynaria, czyli zarządzanie i kompleksowa obsługa obór i hodowli bydła. Drugim, wspomniana wcześniej biotechnologia, czyli pozyskiwanie zarodków i działalność in vitro. Ostatnim i najnowszym jest dział agro, w ramach którego zakupiliśmy sprzęty rolnicze i świadczymy usługi dla naszych klientów, czyli w tym momencie zbieramy trawy, a szykujemy się do całej linii zielonkowej i uprawowej, łącznie z orką, siewem i agregatowaniem. Myślę, że w jakimś stopniu to też usprawni pracę hodowców.

Przyszłość hodowli
Lata prowadzenia własnej firmy pozwoliły właścicielowi kliniki Bovisvet na wyrobienie indywidualnego spojrzenia na kwestie hodowli bydła w Polsce, a także na świecie. Zdaniem Piotra Skupa, co – jak podkreśla – jest kwestią niepodważalną, w chwili obecnej tym, co ogranicza praktycznie wszystkich hodowców, jest deficyt ziemi pozwalającej na inwestycje w swoje stada.

– Tak naprawdę już widać, co się w związku z tym dzieje – zauważa pan Piotr. – Jest głód słomy, jest bardzo mało zbóż, bo większość gleb wykorzystywanych przez hodowców to są uprawy kukurydzy i trawy. Moim zdaniem może dojść do takiej sytuacji, że przyjdzie moment, kiedy nie będziemy w stanie hodować więcej krów, bo nie będzie ziemi. W rejonie, w którym my działamy, ten głód ziemi jest mocno zauważalny, wielu hodowców ma po kilkadziesiąt zwierząt i kilkanaście hektarów gruntu. Do czego to doprowadzi? Do tego, że hodowcy, którzy będą chcieli się utrzymać, będą musieli mieć naprawdę superzwierzęta. Czyli przede wszystkim zdrowe, a co za tym idzie wysokowydajne, a do tego jeszcze długowieczne. Krótko mówiąc – zwierzęta bezproblemowe. Ja mam świadomość, że już są takie krowy, bo wielokrotnie, kiedy jestem u hodowców, zauważam takie sztuki. Wtedy pytam, czemu ich nie znam. Odpowiedź jest prosta – bo nie ma z nimi żadnych kłopotów. Doją się w okolicach 13 000 kg mleka, nie ma problemów z zacieleniem, nie dotyka ich kulawizna ani choroby wymion! Krótko mówiąc, są to krowy nieznane lekarzowi – precyzuje z uśmiechem pan Skup.

Chociaż taka wizja z punktu widzenia lekarza, który zarabia przecież na leczeniu krów, może wydawać się nieciekawa, to właściciel kliniki zdecydowanie temu zaprzecza i zauważa, że w przypadku jego placówki, większość wizyt u „pacjentów” opiera się na profilaktyce, i to ona jest podstawą w utrzymywaniu stada krów. Dziennie lecznica obsługuje około 100 zgłoszeń, z czego tylko ok. 15 to interwencje zdrowotne, podczas gdy reszta to właśnie działania zapobiegawcze. Warto w tym miejscu zwrócić uwagę, że w tej chwili lecznica ma pod swoją opieką ponad 32 000 krów, które obsługiwane są przez 24-osobowy zespół, złożony z lekarzy weterynarii, inseminatorów, zootechników, pracowników technicznych i biurowych. Jak widać, pracy nie brakuje. Piotr Skup nie ukrywa, że najbardziej działania lecznicy skupiają się na dużych oborach, w których widziana jest największa przyszłość, a także możliwości zrobienia czegoś więcej, aby te hodowle usprawnić. Bo przecież nie sposób dobrze zaplanować rozród w oborze, gdzie jest 10 krów. Natomiast w takiej, gdzie utrzymywanych jest ponad setka, można to już z powodzeniem przeprowadzić.

– Pracuję z wieloma hodowcami – podkreśla właściciel lecznicy – a także z ogromną liczbą zwierząt przez nich utrzymywanych, i dzięki temu zauważyłem, że super wydajne zwierzę, to nie tylko kwestia osobnicza danej krowy, ale także super świadomy swojej pracy i możliwości hodowca, wsparty przez super żywieniowca, który potrafi żywić to zwierzę i zapewni mu bardzo dobre warunki. Do tego koniecznie należy uwzględnić kwestie dobrostanu stada, kluczowe dla dobrych wydajności. Mogę podać doskonały przykład. Widziałem, co się stało z moimi pierwszymi dawczyniami, które zostały kupione z bardzo dobrej obory, o średniej wydajności rzędu 12 tys. kg. Były to bardzo równe sztuki, które trafiwszy do innych obór, albo zachowały tę wydajność, albo ją utraciły i oddawały później ok. 7–8 tys. Była to oczywiście kwestia miejsc, w których przebywały. Bardzo ważne jest, aby hodowcom uzmysłowić, ze warunki, w jakich żyją krowy, są podstawą tego, co od nich potem otrzymamy. Zwłaszcza krowy przedwycieleniowe, którym należy się szczególna troska – konstatuje mój rozmówca.

Piotr Skup jest zapracowanym człowiekiem. Prowadzi lecznicę, klinikę in vitro, cały czas się szkoli, aby być na bieżąco w tym, co się dzieje w hodowlanym świecie. Jednocześnie – co najważniejsze – jest pasjonatem tego, co robi, a – jak wiadomo – właśnie pasja daje człowiekowi nie tylko najwięcej siły, ale i poddaje ciągle nowe pomysły do realizacji. Patrząc na właściciela kliniki Bovisvet, mam wrażenie, że nie ma dla niego wyzwań, których by się nie podjął. On sam nie chce za bardzo mówić o planach na przyszłość. Przyznaje, że w najbliższej przyszłości planuje wprowadzić do oferty swojej kliniki zarodki bydła mięsnego. Marzy mu się również wybudowanie dużej obory z prawdziwego zdarzenia, w której trzymałby nie tylko jałówki dawczynie i biorczynie, jak dzieje się to dotychczas w pomieszczeniach kliniki, ale także krowy w różnych laktacjach.

– No, nic na to nie poradzę – śmieje się Piotr Skup. – Od kiedy zajmuję się krowami, chciałbym je nie tylko leczyć, ale także doić.