Krajobraz po nawałnicy

Nawałnica spustoszyła trzy województwa: wielkopolskie, kujawsko-pomorskie i pomorskie. Pas największych zniszczeń przebiega od Gniezna przez Rogowo, Żnin, Kcynię Nakło, Sośno, Wałdowo po Raciąż, Rytel i Brusy w Borach Tucholskich. To chyba największa katastrofa spowodowana siłami natury w tych regionach.

Tekst i zdjęcia: Janusz Nalewalski

Tylko na terenie województwa kujawsko-pomorskiego zniszczeniu lub uszkodzeniu uległo dwa i pól tysiąca budynków, a na Pomorzu ponad tysiąc. Największe wrażenie robią spustoszone lasy. Powierzchnia ich zniszczeń, 45 tysięcy hektarów, dorównuje powierzchni całej Puszczy Kampinoskiej.

Postanowiłem sprawdzić osobiście, czy ucierpiały gospodarstwa naszych hodowców. Rzeczywistość przerosła moje wyobrażenia. Inaczej odbiera się obrazy pokazywane w telewizji, a zupełnie inaczej bezpośrednio w terenie. To, co udokumentowałem na zdjęciach, nie oddaje grozy sytuacji i skali zniszczeń. Drogi są już przejezdne, z zaznaczonymi wyrwami po zwalonych z korzeniami drzewach. Budynki mieszkalne i gospodarcze w większości są zabezpieczone folią i brezentowymi płachtami. Na każdym kroku spotyka się ekipy porządkujące obejścia i samochody z materiałami budowlanymi. Pracownicy firm energetycznych odbudowują linie przesyłowe. Pomimo to kilka dni po przejściu nawałnicy nadal brakuje prądu i wody. Zwłaszcza w gospodarstwach hodowlanych jest to bardzo dokuczliwe. Agregaty prądotwórcze zniknęły ze sklepów jeszcze w sobotę niemal w całym województwie. Na szczęście w kryzysowych sytuacjach pomoc międzysąsiedzka zdaje egzamin. Grozę sytuacji i rozmiar zniszczeń niech zobrazują wypowiedzi samych poszkodowanych:

Ryszard Słupikowski z Suchorączka:
„Jestem kierowcą wozu bojowego Ochotniczej Straży Pożarnej w Suchorączku. Wyjechaliśmy do akcji w piątek o dwudziestej trzeciej. Wyjechaliśmy – to dużo powiedziane. Już po trzystu metrach zwalone drzewa zagrodziły nam drogę. Do Sośna, które w naszej okolicy najbardziej ucierpiało, trzeba było się przebijać przez zwały drzew. Jestem członkiem OSP już prawie trzydzieści lat, ale takich zniszczeń nie widziałem. W Sośnie nie było gospodarstwa, które by nie ucierpiało. Pracowało tu prawie pięćdziesiąt jednostek straży z województwa. Były nawet jednostki z Iławy, z warmińsko-mazurskiego. Udrażnianie dróg i zabezpieczanie budynków trwało do godziny szesnastej w sobotę. Po powrocie do domu okazało się, że i u mnie huragan przewrócił szczytową ścianę stodoły. Na szczęście spadła na stertę drewna opałowego, a nie do środka, na składowane zboże z tegorocznych zbiorów. W niedzielę ruszyliśmy dalej na pomoc poszkodowanym”.

 

Jarosław Kryger z Sośna:
„Moje zabudowania niewiele ucierpiały, bo osłoniła nas górka, za którą mieszkamy. Kilka płyt eternitu zerwało z obory, to niewiele w porównaniu ze stratami u sąsiadów. Najgorzej wygląda kukurydza. Konary drzew wiatr rzucił nawet sto merów w pole. Przybita do ziemi kukurydza jeszcze się podniesie, ale jaki będzie plon i jakiej jakości, tego nie wiem. Trzeba będzie bardzo uważać przy zbiorze, żeby nie uszkodzić sieczkarni. Najgorszy jest brak prądu i wody. Agregat pracuje cały czas i ledwie daje radę. Kiedy energetyka przywróci zasilanie, nie wiadomo. Za Sośnem padły linie zarówno niskiego, jak i wysokiego napięcia”.

Stefan Brząkała z Gostycyna:
„Huragan zniszczył doszczętnie murowaną stodołę, część budynków inwentarskich i garaż. Dom mieszkalny stoi nietknięty. W stodole była już zgromadzona słoma z tegorocznych żniw. Baloty wiatr pognał aż pod las. Tylko że lasu za gospodarstwem już nie ma. Szczęściem w całej tej tragedii jest to, że drzewa nie padły na drogę dojazdową do gospodarstwa i była przejezdna. Drugie gospodarstwo, gdzie mamy oborę, oddalone zaledwie o pięćset metrów, nie poniosło żadnych strat”.

Roman Birkholz z Huty:
„Budynki inwentarskie nie ucierpiały zbyt mocno. Zaledwie kilka płyt eternitu. Z domu mieszkalnego zerwało podbitkę, natomiast wiaty na maszyny zniknęły zupełnie. Najbardziej szkoda mi nowego ciągnika i prasy, kupionych przed żniwami, na których oparła się zawalona wiata. Na szczęście poza urwanym lusterkiem i światłami tylko lakier jeszcze ucierpiał. Poszycie wiat leży w zbożu i podczas młócenia trzeba będzie bardzo uważać. Gorzej wygląda gospodarstwo żony. Tam dachy nie wytrzymały naporu wiatru. Na szczęście nikomu z domowników nic się nie stało. Straty odrobimy, a budynki odbudujemy”.

Barbara Nowak z Dębowa:
„W naszym gospodarstwie większych strat nie ponieśliśmy. Największym problemem jest brak prądu i wody. W okolicy wichura powaliła słupy wysokiego napięcia, więc jeszcze trochę na energię elektryczną poczekamy. Krowy w sobotę doiliśmy dopiero po jedenastej, gdy udało nam się pożyczyć agregat prądotwórczy z sąsiedniej wioski. Samochód po mleko, który z reguły jest rano, dotarł do nas po czternastej, gdy udało się przywrócić drożność dróg. To zasługa mieszkańców i strażaków. Między centrum wioski a naszym gospodarstwem jest pas dębowego lasu. W nocy te ponadstuletnie drzewa padły na drogę. Mąż i sąsiedzi całą noc usuwali powalone pnie i konary. Ale czemu się dziwić? Stacja meteorologiczna zarejestrowała wiatr o sile 150 kilometrów na godzinę. Do tego jeszcze deszcz, którego spadło u nas tej nocy siedemdziesiąt litrów. Na szczęście nikomu nic się nie stało.

Wracając do domu, z niepokojem patrzyłem na nadciągające od zachodu ciemne chmury. Synoptycy zapowiadali kolejne burze. Oby nie tak gwałtowne.