Masło na ustach

Masło bije rekordy cenowe. Jak długo? Zostawiam to rynkowi. Moją uwagę przykuł fakt, że wszyscy zaczęli o tym mówić. Bardzo dobrze, że masło jest drogie, bo produkt, tym bardziej polski, o znakomitej jakości powinien być drogi.

Tekst i zdjęcie: Radosław Iwański

Polskim masłem zajadały się europejskie królewskie głowy przed laty. Dziś już nie jest tak popularne na Zachodzie, a szkoda, bo to wyrabiane tradycyjnie ma niepowtarzalny smak i, co najważniejsze, trzyma cenę. Za kilogram takiego produktu trzeba obecnie zapłacić grubo powyżej 40 złotych. Nic to, wydawać by się mogło, gdyż „zwykła” 300-gramowa osełka w warszawskich sklepach kosztuje nawet 15 złotych.

Nie przeraża mnie to, bo w końcu, ile mogę masła zjeść, dlatego z chęcią sięgam do kieszeni i wychodzę ze sklepu z uśmiechem na twarzy. Jednak nie wszystkim moim rodakom jest do śmiechu.

Tym, którym nie do śmiechu i którzy mają w nosie ciężką pracę tych, co krowy doją i tych, co później udojone mleko przerabiają na żółciutki rarytas, być może od dużej ilości cholesterolu, zabrakło oleju w głowie. Spragnieni masła, zaczęli je kraść. Masło dostawało nóg i niepostrzeżenie znikało ze sklepowych półek. Takie przypadki najwyraźniej były nagminne, bo zarządzający jednym z hipermarketów wprowadzili na nie zabezpieczenia. Nie myślałem, że dożyję takich czasów, kiedy osełka, która prosto z półki trafi do kieszeni, zamiast na ladę kasową, zapiszczy na sklepowej bramce. A jednak. Zabezpieczenia są taniutkie, kilka groszy ma się nijak do kilkunastu złotych, jakie trzeba wydać na pożądany przysmak, i może co niektórych uda się w ten sposób rozumu nauczyć.

Samo życie. Popyt kontra podaż – dobrze znam tę relację z ekonomii. Jednak nie wszyscy ją dobrze przyswoili. Urzędnicy Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów prowadzą sprawę dotyczącą znacznego wzrostu cen masła. Wszczęli z własnej inicjatywy pięć postępowań wyjaśniających, które dotyczą największych sieci handlowych, takich jak Lidl, Jeronimo Martins (Biedronka), Tesco, Auchan i Carrefour. Urząd przegląda umowy handlowe tych sieci z dostawcami masła. Po co? No, chyba że chce sprawdzić, czy marża, jaką narzucają sieciówki, nie jest drakońska w porównaniu z tą, jaką mają przetwórcy mleka. Jeśli tak, to sprawy nie ma, a ja więcej nie będę się czepiał. Mam nadzieję, że gdy chimeryczny rynek zdołuje ceny naszego superproduktu, wtedy UOKiK jeszcze szybciej zainterweniuje.

O maśle myślą i mówią wszyscy. Jeden z dziennikarzy w swoim humorystycznym felietonie zauważył, że jest ono droższe od ośmiorniczek, którymi zajadali się politycy w jednej z warszawskich restauracji. Zaproponował, żeby rząd zamiast w złocie, lokował rezerwy właśnie w maśle. Skoro już przy politykach jesteśmy, to właśnie oni wyrwali mnie z błogiego stanu, w który wprowadziły mnie wysokie ceny. No dobrze, byłem pewnych rzeczy świadom, ale dobrze, że ktoś w końcu nazwał pewne sprawy po imieniu. Otóż Grupa Wyszehradzka zaapelowała do Komisji Europejskiej, aby była łaskawa przyjrzeć się produktom spożywczym zachodnich koncernów, bo te kierowane na rynki Europy Środkowej i Wschodniej są gorszej jakości od tych sprzedawanych na Zachodzie. Przykład pierwszy z brzegu: Niemcy zajadają się czekoladą wyprodukowaną na maśle, a nas zapychają wyprodukowaną na bazie oleju palmowego. Scheiße. Ja chcę masło, też w czekoladzie!