Trojaczki to nie wszystko

Tekst i zdjęcia: Mateusz Uciński

W poprzednim numerze naszego miesięcznika informowaliśmy o narodzinach krowich trojaczków w oborze państwa Marianny i Tadeusza Stelęgowskich z Kudelczyna koło Sokołowa Podlaskiego. To ważne wydarzenie w tej hodowli, jednak absolutnie nie jedyny powód, aby nieco przybliżyć to gospodarstwo. Jest ono bowiem prowadzone wzorcowo, a średnia wydajność od utrzymywanych w nim krów w 2016 roku wyniosła 10 900 kg mleka, co przy tak licznym stadzie (prawie 200 szt.) jest nie lada sukcesem.

Tadeusz Stelęgowski zarządza swoim gospodarstwem od kwietnia 1986 roku, kiedy przejął je od swoich rodziców. Było ono wtedy jeszcze niewyspecjalizowane i oprócz krów hodowano w nim także owce, konie i trzodę chlewną. W połowie lat 90. zadecydowano o skoncentrowaniu się na hodowli bydła mlecznego i dlatego w gospodarstwie podjęto kroki mające na celu dostosowanie istniejącej zabudowy właśnie do tych celów. W 1997 roku stado hodowców z Kudelczyna zostało objęte oceną wartości użytkowej bydła. W nowym stuleciu hodowla się rozrastała, pojawiła się dojarka przewodowa na 26 stanowisk i zgarniacz do obornika. Nie było to jednak wystarczające, dlatego w 2002 roku wybudowano oborę przeznaczoną dla ok. 40 krów, razem z halą udojową i zbiornikiem na mleko. Od tego momentu nastąpiło sukcesywne powiększanie się stada, a jałówki do niego dokupywano między innymi na Żuławach, jednak w gospodarstwie starano się nie trzymać cieląt, koncentrując się wyłącznie na krowach mlecznych.

NOWY DOM DLA KRÓW
Kolejnym punktem zwrotnym był rok 2016, kiedy państwu Stelęgowskim po wielu perturbacjach udało się oddać do użytku nową, przestronniejszą oborę. Sam budynek ma wymiary 34 na 42 metry i może pomieścić około 180 krów. Nie posiada on jednak hali udojowej (wykorzystywana jest ta ze stojącej nieopodal starej obory – typu „rybia ość” 2×10) ani żadnych pomieszczeń socjalnych, przez co zmaksymalizowano przestrzeń, w której poruszają się krowy. Wspomnieć również trzeba o tym, że mieszkające w oborze zwierzęta mają do swojego użytku rzadko spotykane legowiska wypełnione ściółką słomiano‑wapienną, które zdecydowanie zdają egzamin, a krowy bardzo chętnie na nich leżą. Podłoga w oborze oparta jest na asfalcie i zgarniaczach obornika. Obecnie w obydwu obiektach utrzymywanych jest ok. 300 sztuk bydła, wliczając w to młodzież. Dojonych jest około 200 krów, od których dziennie uzyskuje się indywidualnie 31–32 litry sprzedanego mleka. Zaplecze paszowe dla hodowli stanowi 115 ha gruntów (ponad 40 ha własnych, reszta dzierżawiona), obsadzanych głównie kukurydzą i trawą. Jak zaznacza pan Tadeusz, pasze objętościowe, którymi karmione są zwierzęta w gospodarstwie, pozyskiwane są w zakresie własnym, a pasze treściwe i dodatki mineralne dokupywane są w zależności od potrzeb.

Zaznaczyć trzeba, i to bardzo wyraźnie, że gospodarzy z Kudelczyna w prowadzeniu hodowli bardzo aktywnie wspomagają synowie – bliźniacy Piotr i Paweł, którzy podzielili pomiędzy siebie obowiązki, tak aby jeden zajmował się hodowlą, a drugi pracami związanymi z produkcja roślinną. Zdaje to egzamin i przynosi wymierne efekty, co z dumą podkreśla Tadeusz Stelęgowski.
W stadzie zwraca się uwagę na wiele cech, chociaż – jak zaznacza sam hodowca – nie ma zbyt wielu krów idealnych. Ważne jest zarówno dobre, zdrowe wymię, jak i mocne, stabilne nogi, zwłaszcza w oborze wolnostanowiskowej.

Co tydzień w stadzie przeprowadzane jest badanie na cielność, a także kontrolowana jest zdrowotność zgromadzonych w niej krów pod kątem prawidłowego rozrodu. Zwierzęta są inseminowane na ogół nasieniem seksowanym, chociaż w trudnych przypadkach następuje naturalne krycie haremowe. Tak właśnie było w przypadku Siggi – krowy, która właśnie 24 lutego br. powiła trojaczki stanowiące dumę hodowców z Kudelczyna.

HODOWAĆ, A NIE ŻYŁOWAĆ
Tadeusz Stelęgowski podkreśla, że kluczem do sukcesu w jego gospodarstwie jest wspólna, rodzinna praca, praca pozwalająca na zaoszczędzenie środków, które musiałyby zostać przeznaczone na ewentualnych pracowników. Hodowca akcentuje także, że oszczędności w gospodarstwie nie można szukać w utrzymaniu krów, bo przecież to właśnie one generują jego dochód. Są – cytując pana Stelęgowskiego – perfekcyjnymi maszynami, które na jeden litr mleka muszą przepompować 500 litrów krwi. Zatem, kiedy przeliczymy to na przeciętne 30 litrów surowca, które oddają dziennie, obciążenie ich organizmów jest ogromne. Dlatego, co podkreśla hodowca, o te zwierzęta trzeba szczególnie dbać. Nie można ich żyłować, żeby otrzymać te dwa, trzy litry mleka dziennie więcej. Bardzo dużo daje, zdaniem pana Stelęgowskiego, odpowiednie żywienie i odpowiednio zbilansowane dawki pokarmowe. Najważniejszy, co hodowca z Kudelczyna podkreśla z całą mocą, jest okres zasuszeniowy, bo jeżeli wtedy takiej krowie nie dostarczy się odpowiedniej dawki witamin, minerałów i odpowiedniej paszy, to potem taka sztuka jest szczególnie narażona na ketozę. Poparciem tej tezy niech będzie fakt, że w ubiegłym roku przy tak dużym stadzie tylko 3 razy wyniki laboratoryjne z próbnych udojów wskazywały na możliwość wystąpienia tej choroby.

CZY KARMIĆ BEZ GMO?
Państwo Stelęgowscy mleko oddają do mleczarni Hochland w Węgrowie. Wiąże się z tym kolejne wyzwanie. Od pewnego czasu zakład ten mocno stawia na produkty wolne od GMO, czyli pozyskiwane od krów, w których żywieniu stosuje się pasze niezawierające roślin modyfikowanych genetycznie. Hodowcy z Kudelczyna poważnie zastanawiają się nad zmianą systemu żywienia.
– Prawdopodobnie będziemy żywić nasze krowy paszami bez GMO – informuje pan Tadeusz. – Chociażby dlatego, że wymaga tego rynek i sami konsumenci. Jednak bardzo trudno jest zastąpić białko pozyskiwane z soi innym zamiennikiem, takim jak chociażby śruta rzepakowa. Należy pamiętać, że są to dwa inne rodzaje białka. Śruta rzepakowa to białko dla żwacza, a soja jest białkiem jelitowym. Powszechnie używana soja jest rośliną GMO, a jej odmian niemodyfikowanych genetycznie jest mało, i do tego są znacznie droższe od tych zmienionych w laboratoriach. Podczas wykładów, w których uczestniczyłem na tegorocznej Fermie Bydła w Łodzi, jednoznacznie powiedziano, że pasze GMO nie wpływają negatywnie ani na zwierzęta, ani na ludzi pijących mleko pochodzące od żywionych nimi krów. Rozumiem jednak względy marketingowe i potrzeby rynku nastawionego na zdrową żywność – podsumowuje hodowca.

Stelęgowscy stoją zatem przed wyborem, czy zmienić mleczarnię, czy postawić na żywienie wolne od pasz GMO. Sam Hochland, aby pomóc swoim hodowcom, stworzył listę rekomendowanych przez siebie firm, które mają zadbać o zaplecze paszowe dla tych dostawców, którzy zdecydują się na odejście od żywienia z udziałem modyfikowanych genetycznie roślin. Prawdopodobnie będą to pasze droższe od dotychczas używanych w gospodarstwie, jednak mleczarnia zaplanowała także dodatki finansowe do litra mleka, mające refundować w pewnym stopniu większe nakłady na żywienie zwierząt. Reszta pozostaje już tylko kalkulacją, co będzie bardziej opłacalne dla samej hodowli. Mamy nadzieję, że rozwiązanie wybrane przez gospodarzy z Kudelczyna będzie dla nich satysfakcjonujące. Państwo Stelęgowscy patrzą jednak w przyszłość z nadzieją i nie tracą hodowlanej werwy. Planują modernizację starej obory, łącznie z jej podniesieniem i zapewnieniem zgromadzonym tam zwierzętom większego dobrostanu. Myślą także o dokupieniu gruntu, chociaż, jak przyznaje pan Tadeusz, w dobie nowych przepisów nie jest to już tak łatwe, jak wcześniej.

Oddana do użytku w 2016 roku obora jest przestronna i sprzyja dobrostanowi zwierząt

 

Zwierzęta ze stada państwa Stelęgowskich co tydzień są kontrolowane przez weterynarza