Wielki głód, puste pola i inne bajki dla potłuczonych

Wszyscy umrzemy z głodu, młodzi uciekli do miast klikać w komputer, a polska ziemia leży odłogiem i zarasta perzem. Brzmi znajomo? Gratulacje, właśnie uległeś zbiorowej halucynacji. Czas brutalnie zderzyć te wiejskie legendy z twardą rzeczywistością, zanim doszczętnie utoniemy w morzu bzdur.

Martin Ziaja, hodowca bydła mlecznego, przewodniczący Rady Ekonomicznej ds. Produkcji i Rynku Mleka

łąka
Czy naprawdę nie ma komu uprawiać ziemi? fot. Jan Hereditas

Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą. Psychologowie nazywają to „efektem iluzji prawdy” i mądrze tłumaczą, że nasz leniwy mózg woli chłonąć proste, znajome bzdury niż marnować cenną energię na samodzielne myślenie.

Skoro branżowe portale co tydzień płaczą rzewnymi łzami w tytułach typu: „Miliardy dla młodych rolników! Czy to wystarczy, by zatrzymać ich na roli?!”, to przeciętny Janusz ma już gotowy, betonowy pogląd. Młodzi uciekają, nikt nie chce robić, dramat, kurtyna.

A jak jest naprawdę? Cóż, fakty mają to do siebie, że głęboko w poważaniu mają nasze publicystyczne lamenty. Weźmy na tapet ten rzekomy brak chętnych do zajmowania się rolnictwem i ziemię leżącą odłogiem. Jeśli na wsiach panuje taka pustka, to dlaczego na przetargach Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa młodzi rolnicy mało nie skaczą sobie do gardeł? Walka o każdy hektar przypomina tam starożytne igrzyska. Ostatnio modne stało się licytowanie czynszów dzierżawnych do poziomów czysto abstrakcyjnych. Czy 11,5 tony pszenicy za jeden hektar dzierżawy to mało? Jeśli to jest ten „brak zainteresowania rolnictwem”, to strach pomyśleć, jak wyglądałoby prawdziwe oblężenie. Na polskiej wsi trwa krwawa wojna o ziemię, a nie żadne ucieczki.

Kolejny hit z listy przebojów: „mleka zabraknie, bo liczba gospodarstw spada!”. No spada, ale produkcja – o zgrozo dla czarnowidzów – nieustannie rośnie. Od wejścia Polski do UE obserwujemy permanentny wzrost na poziomie 3,5% rok do roku. W mojej spółdzielni ten skok jest jeszcze bardziej bezczelny i wynosi 7%. Mniej rolników produkuje znacznie więcej mleka. Magia? Nie, po prostu profesjonalizm. No i moja ulubiona mantra: „bezpieczeństwo żywnościowe zapewnią nam wyłącznie malutkie, tradycyjne, rodzinne gospodarstwa”. Cudowna, romantyczna wizja, idealna na pocztówkę. W rzeczywistości mamy w Polsce na papierze 1,2 miliona gospodarstw, z czego realną żywność produkuje maksymalnie 400 tysięcy. Reszta to właściciele świętego spokoju i dopłat.

Zresztą, zróbmy szybki test pamięciowy. W latach 80. mieliśmy w Polsce ponad 3 miliony gospodarstw, a po mięso i masło stało się w kilkukilometrowych kolejkach na kartki. Młodsi, zapytajcie starszych – ta armia małych gospodarstw gwarantowała wtedy co najwyżej bezpieczeństwo octu na półkach.

Dzisiaj, jako producent mleka, muszę z dumą ogłosić: dosłownie zalewamy Europę białym złotem. I nic nie jest w stanie nas zatrzymać. Ani unijna papierologia, ani urzędnicze fobie, ani nawet wielkomiejscy sąsiedzi, którzy przeprowadzili się na wieś dla „świeżego powietrza”, a teraz piszą donosy, że traktor hałasuje, a obornik pachnie obornikiem.

Produkujemy coraz więcej i coraz taniej. Dzięki temu, że jesteśmy uparci i coraz lepsi w te klocki, statystyczny Kowalski na litr mleka z mojego gospodarstwa musi dziś pracować zaledwie 3,5 minuty. Przed wejściem do Unii musiał na to poświęcić aż 12 minut swojego życia.

Czy to oznacza, że mniejsi gracze mają się pakować i jechać na kasę do marketu? Skądże. Na rynku wciąż jest miejsce dla małych, ale sprytnych. Przykładem jest pani Mirela Paterok, która mając zaledwie kilka krów, kręci z ich mleka genialne sery rzemieślnicze w ramach Rolniczego Handlu Detalicznego. Można zarobić i dobrze żyć z pięcioma krowami? Można. Ale trzeba mieć pomysł, niszowy produkt i chęć do handlu, a nie liczyć na to, że państwo dopłaci do stania z założonymi rękami.

I już na sam koniec. Następnym razem, gdy usłyszycie w telewizji lub przeczytacie w internecie, że polska ziemia leży odłogiem i nie ma kto jej uprawiać, a jutro z braku chleba zaczniemy jeść trawę, weźcie głęboki oddech. Spójrzcie na pełne sklepy i na ceny dzierżaw. Rolnictwo przeżywa trudności, tak. Widzę je w wielu obszarach, jednakże należy odsiać kłopoty sezonowe wynikające m.in. z nadprodukcji i niskich cen od tych strukturalnych. A tak przy okazji kłania się strategia „Od pola do stołu”.

Czas dorosnąć i zacząć wierzyć liczbom, a nie powtarzanym przez tysięczny raz bajkom dla potłuczonych. Rolnictwo się zmienia, ale to już temat na inną opowieść.

Wartość eksportu i samowystarczalność Polski, grafika: M. Ziaja