Historia simentalem pisana

Czy wiecie, że ci, którzy pokochali bydło simentalskie na naszej polskiej ziemi, przyszli z czechosłowackiego Zaolzia? Zanim jednak w Beskidzie Niskim zajęli się hodowlą bydła, musieli się nauczyć żyć od nowa i radzić sobie w trudnych minionych czasach. Zaczynali od zera, tak jakby narodzili się na nowo.

tekst: Radosław Iwański, zdjęcia: Mateusz Uciński

Jednym z tych pionierów był Edgar Beneš. Odnalazł na Podkarpaciu początek nowego życia. Dziś jest prezesem Polskiego Związku Hodowców Bydła Simentalskiego, członkiem zarządu PFHBiPM, a także przewodniczącym RN Polskiej Federacji. Jego życie to także część historii hodowli bydła simentalskiego na naszej ziemi.
– Należę do wspólnoty ludzi, tak ją nazwę, którzy przybyli 50 lat temu na tereny Polski z Zaolzia. W 1969 r. pierwsze rodziny osadników, a w sumie było to około 100 rodzin, gdzieś mniej więcej 300 osób, odpowiedziały na wezwanie ówczesnych polskich władz „Bieszczady wołają”. Nasze rodziny, bo wśród nich była także moja, zasiedliły tereny, które zostały wysiedlone w wyniku akcji „Wisła”. Zasiedliliśmy trzy miejscowości: moje ukochane Puławy, gdzie osiedliło się 25 rodzin, w tym ja ze swoją, oraz Wolę Piotrową i Wisłoczek. To był początek nowego życia – opowiada.

Nowe życie
Co skłoniło przyszłych osadników do odpowiedzi na to wezwanie?
– Muszę się uśmiechnąć, gdy o tym mówię – przyznaje. Standard życia w ówczesnej Czechosłowacji był nieporównywalnie wyższy od tego, co oferowała im polska ziemia. Decyzja o emigracji rodziła się przez kilka lat. Wszyscy osadnicy przybyli na Beskid stanowili jedną grupę wyznaniową, zielonoświątkowców, i tak jest do dzisiaj, a przenosiny potraktowali jako plan Boży. Poza tym byli Polakami, a Zaolzie historycznie miało różne koleje. Była to ziemia Polska, później Czechosłowacka, a jeszcze wcześniej austro-węgierska. – Jakkolwiek by na to patrzeć, zawsze w tym regionie były kłopoty z tożsamością narodową – mówi. Edgar Beneš wspomina o jeszcze jednym powodzie. Totalna komuna bardzo nieprzychylnie odnosiła się do wartości religijnych. Jak wspomina, o każdym wyznającym jakąkolwiek wiarę mówiła wprost: „ty jesteś nie nasz”. Zaolzie ich wypychało, Polska przyjęła.
– Wielu pionierów już odeszło do Pana. Nie ma ich wśród nas. Wspomnienia przekazujemy potomnym: piszcie dalej historię, nie zapominajcie o tym, kto ją rozpoczął, wybaczajcie uchybienia poprzedników, naśladujcie wiarę ojców, niech Bóg błogosławi wszystkich, również czytających tę historię. Aż dotąd pomagał nam Pan – mówi.

Wspólnota
Edgar Beneš miał wtedy 29 lat. Jego żona była od niego o trzy lata młodsza. Mieli czwórkę dzieci. Najstarsze miało sześć lat, kolejne – trzy, a dwie najmłodsze bliźniaczki – trzy miesiące.
– Postanowiliśmy zagospodarować tereny, które kupiliśmy. Każdy z osadników zdecydował się nabyć gospodarstwa o powierzchni 12–18 ha, każde na niezłych warunkach, które oferował wtedy Bank Rolny. Kupowali ziemię na kredyt. Początki były niesamowicie trudne.

Obszar bieszczadzkich Puław był wtedy niezamieszkały. Przez 20 lat nie było tam ludzi, co sprawiło, że teren zdziczał. Działki były widoczne jedynie na mapach, bo w terenie porastały je krzaki i drzewa. Nie było nic. Ani prądu, ani dróg. Totalne odludzie.

Nie mieliśmy nawet dachu nad głową, zaczynaliśmy od budowy prowizorycznych kwater. Jedynym kontaktem ze światem był telefon u leśniczego, który mieszkał 3 km dalej. On miał w pamięci dramaty, które wcześniej rozegrały się na tej ziemi.
Akcja „Wisła” była zbrodnią. Dwa lata po II wojnie światowej władze komunistyczne rozpoczęły akcję wysiedlenia z Bieszczad ludności ukraińskiej, łemkowskiej i bojkowskiej. Akcja rozpoczęła się w 1947 r. i trwała do 1949. Z terenu Bieszczad wysiedlono 140 tys. osób.
– Po osiedleniu mieliśmy pełne ręce roboty – przypomina sobie Edgar Beneš. Karczowaliśmy, budowaliśmy budynki mieszkalne i gospodarcze. Sami przygotowali teren pod budowę słupów energetycznych, i czekali. Potem przyszła pora na budowę dróg. W końcu i je udało się zbudować, choć nie było to proste. Gdyby nie amerykański sprzęt z huty ze Stalowej Woli, nic by z tego tak szybko nie wyszło.

Puławy, zrodzone na nowo, obchodziły w minionym roku 50-lecie powstania. Dziś są perełką w gminie Rymanów. Mają rozwiniętą infrastrukturę z bardzo dobrymi drogami dojazdowymi, a hodowla bydła jest głównym zajęciem mieszkańców. Tutaj można wypocząć w gospodarstwach agroturystycznych. Jest wyciąg narciarski.

Krowa żywicielka
Rozpoczęli bardzo trudne życie, a wraz z nim zaczęła się hodowla bydła na tym obszarze. W pierwszych latach po osiedleniu próbowali różnych hodowli. Trzymali drób, trzodę. Te nie zdały egzaminu. Owce też się nie zadomowiły. Nie przyjęły się także zboża czy okopowe. Krótszy okres wegetacyjny i ostry klimat dawały się im we znaki. Przyjęło się jedynie bydło. Dziś w Puławach nie ma innych użytków poza zielonymi, czyli łąkami i pastwiskami. Ale do tego dochodzili przez lata.

Simentalska rasa bydła była niejako z nadania, co się wiązało z jej rejonizacją, narzuconą przez władze Polski. Osadnicy ją zaakceptowali i zaczynali od trzymania pojedynczych sztuk bydła.
– Ja zaczynałem od jednej krowy – mówi Beneš.

Krowa żywicielka była potrzebna dla dzieci. Stada powiększali przede wszystkim w naturalny sposób. Dokupywali także kolejne samice. Po sześciu latach od przeprowadzki, w latach 70. poprzedniego wieku, wspólnie zdecydowali o założeniu spółdzielni produkcyjnej, po to, żeby ułatwić prace rekultywacyjne. Każdy zagospodarowany kawałek ziemi musieli wyrwać naturze. Wspólnymi siłami, po prostu przychodziło im to łatwiej. Góry i lasy nie chciały ustępować. Osoba prywatna nie mogła nabyć sprzętu do rekultywacji terenów – takie były czasy – a spółdzielnia mogła. Dostała przydział na ciągnik gąsienicowy i karczowniki. Przybysze z Czechosłowacji osiągnęli cel. Przez osiem lat zrekultywowali około 300 ha. Ta mordercza praca pozwoliła im na założenie łąk i pastwisk.

Użytkowanie
Wraz z przybyciem na te tereny bydła po II wojnie światowej zaczyna się w podkarpackich Puławach historia oceny wartości użytkowej rasy simentalskiej. Jak łatwo policzyć, liczy ona sobie już ponad 40 lat i jest cały czas rozwijana. Stado w spółdzielni się powiększało. Dekadę później zmodernizowano pierwszy większy obiekt, który mieścił 80 krów mlecznych. Na początku, co oczywiste, krowy dojono ręcznie. Potem przyszła pora na dój bańkowy i następnie przewodowy. Czasy się zmieniały. Niektórzy odeszli od hodowli bydła, struktura spółdzielni przez lata też się zmieniała. Kilka gospodarstw pozostało przy mleku. Beneš obecnie już nie doi krów, bo utrzymuje simentale w typie mięsnym. Taką decyzję podjął przed dekadą. Zwierzęta nie są typowo mięsne, jak typowe rasy, jednak w tym kierunku są użytkowane. Cielęta pozostają z matkami i bardzo dobrze przyrastają. Hodowca sprzedaje cielne jałówki do dalszej hodowli, czy to na potrzeby Związku Simentalskiego, czy też do innych indywidulanych odbiorców. Oni decydują, w jakim kierunku będą prowadzili swoje stado.

Polacy, którzy przybyli z Zaolzia, przetrwali m.in. dzięki krowom żywicielkom

Ogólnoużytkowy typ
– Nie chcieliśmy wchodzić w genetykę czysto mięsną, bo uważamy, że typ ogólnoużytkowy jest bardziej przydatny, gdyż gospodarz sam może decydować o kierunku rozwoju stada – przyznaje prezes Polskiego Związku Hodowców Bydła Simentalskiego.
Rasa simentalska w tym typie ma świetne wyniki, jeśli chodzi o parametry mięsne, w tym dobowe przyrosty i umięśnienie. Jest porównywalna z rasami mięsnymi, a jak spojrzymy na jej przyrosty przy mamkach, to wysuwa się ona na pierwsze miejsce. To jest bardzo ważna cecha. Poza tym wołowina tych zwierząt nie ustępuje w jakości tej pozyskanej od ras typowo mięsnych. Simental jest na tyle uniwersalną rasą, że na mapie świata są kraje, które specjalizują się jedynie w produkcji mleka, a inne w produkcji mięsa. Jednak w Polsce od tych zwierząt pozyskuje się nadal głównie mleko.
– Interesujące jest to, że simental potrafi się dostosować do bardzo różnych warunków klimatycznych, i do tego jest rasą bardzo wdzięczną, gdy jest utrzymywany na pastwiskach – dopowiada Beneš.

Związek
Chociaż Związek Simentalski, któremu przewodzi Edgar Beneš, jest nieduży, to ma duże znaczenie nie tylko w kraju. Warto przypomnieć, że hodowcy simentali zrzeszyli się w nim w 1995 r., a bydło, którego hodowli oddali się bez końca, było kojarzone w Polsce jedynie z Podkarpaciem. Poza tym hodowcy bydła HF kojarzyli te zwierzęta jedynie z wołowiną. A dziś tylko 50% pogłowia simentali jest utrzymywanych w południowo-wschodniej Polsce, reszta rozeszła się po kraju. Znakomite stada tych zwierząt znajdują się czy to Wielkopolsce, czy też w województwie kujawsko-pomorskim. Simental poszedł na północ.

Edgar Beneš (na zdjęciu podczas Światowego Kongresu Bydła Simentalskiego w podrzeszowskiej Jasionce) wypełnił wraz z innymi osadnikami pustkę po zbrodniczej akcji „Wisła”

Związek hodowców od samego początku był bardzo aktywny, także na europejskiej arenie. Zaraz po powstaniu wstąpił do europejskiej Federacji, a kilka lat później został przyjęty w poczet organizacji światowej. Edgar Beneš jest członkiem zarządu obu tych organizacji. Polscy hodowcy starają się – na tyle, na ile pozwalają im warunki – uczestniczyć w ich programach. Bardzo ważne jest podtrzymywanie współpracy, żeby nie zmarnować tego, co zostało przez lata zbudowane. Dziś pod oceną jest ponad 10 tys. sztuk zwierząt, i mimo że nie jest to dużo, udało się hodowcom stworzyć na wzór bydła holsztyńsko-fryzyjskiego indeks selekcyjny dla simów. Pracują także nad tym, żeby rozpocząć selekcję genomową, co, nie ukrywa Beneš, jest bardzo istotne. Hodowcy utrzymujący simentale marzą o tym, żeby to przedsięwzięcie można było zrealizować przy współpracy z EuroGenomics, z którą kooperuje PFHBiPM i jej centrum naukowe CGen. Mały związek jest na tyle silny, że w 2016 r. to właśnie w Polsce został zorganizowany Światowy Kongres Hodowców Bydła Simentalskiego, na który przyjechali goście z 30 krajów całego świata.
– Simental nie ma się co wstydzić swoich dotychczasowych osiągnięć. My także – podsumowuje. 

PS Puławy sąsiadują bezpośrednio ze znanym hodowcom miejscem wystawowym w Rudawce Rymanowskiej.