Nikt nie mówił, że będzie Łatwo

O nieznanych faktach związanych z założeniem Polskiej Federacji opowiedział Zbigniew Młyński, prezes Małopolskiego Związku Hodowców Bydła i Producentów Mleka. „Federacji podstawiano nogę, próbowano rozbić jedność hodowców” – mówi mój rozmówca. Wskazuje, dlaczego hodowcy muszą o hodowli decydować sami. Zapraszam do przeczytania kolejnego z serii wywiadów na 25-lecie istnienia PFHBiPM.

Rozmawiał: Radosław Iwański

25 lat minęło jak jeden dzień. Polska Federacja, biorąc pod uwagę wiek, jest pełnoletnia. Pan tworzył Polską Federację Hodowców Bydła i Producentów Mleka i jest jedną z niewielu osób, która do dziś zasiada w jej zarządzie.
Działam już 30 lat. Około roku 1990 skontaktowałem się z dyrektorami Okręgowej Stacji Hodowli Zwierząt w podkrakowskim Zabierzowie i wspólnie zaczęliśmy myśleć, co można zmienić, w którą stronę powinna zmierzać polska hodowla bydła mlecznego w demokratycznym kraju, jakim stawała się Polska.

Wymyśliliśmy, że powołamy wojewódzki związek. To był rok 1991. Niestety, nie udało się wtedy zarejestrować związku, bo jeszcze nie było ustawy o związkach zawodowych rolników, dlatego musieliśmy się zarejestrować jako Towarzystwo. Doszukaliśmy się informacji, że jeszcze przed wojnami, za zaborów, istniało Galicyjskie Towarzystwo Rolnicze. Jego siedziba mieściła się we Lwowie, ale w Krakowie, na placu Szczepańskich do tej pory stoi budynek, gdzie był oddział wspomnianego Towarzystwa. W 1991 r. zarejestrowaliśmy Małopolskie Towarzystwo Hodowców Bydła. Niestety, nie mogliśmy wtedy znaleźć osób wspierających naszą inicjatywę. Cały świat nauki nie wierzył w naszą działalność. Może był przekonany, że to, co było, czyli centralne sterowanie i centralne zarządzanie hodowlą zwierząt, ma sens. Mamy w Krakowie Instytut Zootechniki, mamy Uniwersytet Rolniczy, ale wtedy nie udało się znaleźć nikogo, kto by nas wspierał, a my też nie wiedzieliśmy, jak się za to zabrać.

Najpierw powstało Towarzystwo, potem przyszła kolej na odbieranie z państwowych rąk zadań hodowlanych.
Złożyliśmy wniosek do ministerstwa rolnictwa – wiceministrem był wtedy pan Jerzy Pilarczyk – w którym zaznaczyliśmy, że chcemy przejąć hodowlę i ocenę bydła polskiego czerwonego. W tamtym czasie nie istniał jeszcze związek bydła czerwonego, a jego hodowcy byli zgromadzeni w naszym Towarzystwie. Jednak zaraz po tym, jak złożyliśmy wniosek, pana ministra odwołano, a nasz wniosek przepadł.

I wtedy przyszła pora na zjednoczenie hodowców w ogólnopolskiej Federacji?
Zaczęliśmy szukać w całym kraju współtowarzyszy, którzy chcieliby z nami odpowiadać za hodowlę bydła i utworzyć organizację o zasięgu krajowym. Doszło do pierwszego spotkania na ulicy Sokołowskiej w Warszawie, gdzie była siedziba Centralnej Stacji Hodowli Zwierząt, ale nie pamiętam, kto wtedy je zwołał. W każdym razie potem było jeszcze kilka innych spotkań, gdyż w naszym gronie były bardzo różne poglądy co do przyszłości hodowli bydła i tego, jak ma funkcjonować ogólnopolska organizacja, którą zamierzaliśmy powołać.

W tamtym czasie powstał masowy ruch hodowców, którzy zaczęli zakładać związki w poszczególnych województwach. Niestety, nie mieliśmy żadnych wzorców działania, tworzyliśmy organizację sami. Potem spotykaliśmy się w Parzniewie, bo tam były dobre warunki do naszych spotkań, które często trwały dwa dni, bo można było przenocować.

A jak ówczesna władza zapatrywała się na Waszą działalność, na rodzącą się organizację?
Strona rządowa – tak ją nazwijmy – była przeciwna naszemu ruchowi. Nie chciała dopuścić do tego, żeby powstała organizacja hodowców bydła i producentów mleka. My chcieliśmy decydować o hodowli, czyli tak naprawdę o sobie, to była podstawa naszego ruchu.

Centralne sterowanie hodowlą nie służyło hodowcom?
Pamiętam dwukrotne próby – co wymyślono w Warszawie w latach 70. – wymiany bydła w górach z czerwonego na czerwono-białe. Poszło na to bardzo dużo pieniędzy. Jeżdżono i przekonywano hodowców. Uważano wtedy w Warszawie, że bydło czerwone jest prymitywne i że nic z niego nie będzie. Przyszłość wiązano z bydłem polskim czerwono-białym, dlatego zwożono jałówki w nasze góry z różnych województw. Rozdawano je rolnikom do zasiedlenia. Nie zdawano sobie wtedy sprawy, że krowa czerwona jest krową lekką, o cienkiej nodze, a czerwono-biała, jak weszła na górę, to się położyła, żeby odpocząć.

Oczywiście decyzje centralne okazały się błędne. Wymiana jednej rasy bydła na drugą była niewypałem. Potem próbowano zasiedlić góry bydłem szwedzkim, jałówkami holenderskimi; dawano rolnikom młode samice, ale z tego także nic nie wyszło.

Mieliśmy złe doświadczenia z zarządzaniem centralnym, sami wiedzieliśmy najlepiej, jakie bydło chcemy utrzymywać i jak ma wyglądać jego hodowla. Proszę zauważyć, że nikt nie myślał wtedy o doskonaleniu naszego bydła rodzimego – bydła czerwonego.

Powołanie krajowej organizacji hodowlanej rodziło się w bólach?
Jeździliśmy do Parzniewa za własne pieniądze, wkładaliśmy w to dużo wysiłku, a dyrektorzy z Centralnej Stacji, poza jednym, udawali, że nam pomagają.

Kiedy już udało się stworzyć Federację, pierwszym jej prezydentem został Krzysztof Banach. Dużo czasu poświęcił na różne spotkania, ale wtedy nadal nie było woli politycznej – tak się wtedy mówiło – żeby przekazać nam prowadzenie ksiąg i ocenę wartości użytkowej. Odbyło się wiele spotkań w tej sprawie, ale nic z tego nie wychodziło. Jedno z nich miało miejsce w Płońsku, gdzie zebrano nas wszystkich i gdzie przyjechali pracownicy ministerstwa rolnictwa. Mieli oni – ci urzędnicy – przekonać mnie i Edgara Beneša, żebyśmy my, czyli nasze związki regionalne, przejęli prowadzenie ksiąg hodowlanych bydła czerwonego i simentalskiego. Zdawaliśmy sobie sprawę, o co chodzi. Urzędnicy w Warszawie chcieli rozbić jedność Federacji. Chodziło im o to, żebyśmy wyłamali się z tego, czego chciała cała nasza organizacja (Federacja), czyli przejęcia ksiąg hodowlanych całego bydła w Polsce i oceny. Nie zgodziliśmy się i cały czas mówiliśmy jednym głosem. Poza tym z wyliczeń wynikało, że nasze związki – bydła czerwonego i simentalskiego – otrzymałyby pomoc finansową od państwa na zatrudnienie na pół etatu osoby do prowadzenia ksiąg. Przecież nie dalibyśmy rady, a w Warszawie zacierano by wtedy ręce z radości. Chodziło im o to, żeby pokazać, że my nie potrafimy tego robić.

Z perspektywy czasu widać, jak ogromną odpowiedzialność braliście na swoje barki.
Nie daliśmy się ograć. Byliśmy jednością, związki tworzące Federację nadal mówiły jednym głosem. To było najważniejsze. Nie udało się wtedy przejąć prowadzenia ksiąg i oceny, nie udało się to podczas kolejnej kadencji, gdy prezydentem Federacji był Andrzej Strzyżewski. Udało się w kolejnej. Dopiero gdy ministrem rolnictwa był Józef Pilarczyk (wcześniej był wiceministrem – przyp. redakcji), w ostatnim dniu swojego urzędowania podpisał dokument, na mocy którego Federacja przejęła prowadzenie ksiąg i ocenę wartości użytkowej bydła mlecznego.

To musiało wywołać wtedy sporą burzę polityczną również wśród urzędników Centralnej Stacji?
Gdy dowiedzieli się o tym dyrektorzy ze Stacji, to obydwaj musieli odejść na emeryturę. Powołano nowego dyrektora, który miał wypełnić decyzję ministra rolnictwa. Za bardzo nie chciał tego zrobić. Wymyślił, że powoła do życia związki hodowców w każdym powiecie, tym samym chciał utrącić Federację. Udało mu się powołać tylko jeden, w jednym powiecie – więcej się nie udało, bo hodowcy uważali, że są już w związku, jakim jest Federacja.

A jakie były dalsze losy Małopolskiego Towarzystwa Hodowców Bydła?
Istniało ono jeszcze przez długie lata, a następnie przekształcone zostało w Małopolski Związek Hodowców Bydła i Producentów Mleka. Byłem przeciwny zmianie nazwy, która była nazwą historyczną. Na walnym zebraniu zdecydowano inaczej, bo w całym kraju było w nazwie słowo „związek”, a słowo „towarzystwo” mogło się źle kojarzyć, więc wykonałem ich polecenie.

Warto było walczyć o suwerenność hodowli?
Na pewno było warto. Chwalę wszystkich, którzy się do tego przyczynili. Sami decydujemy o hodowli, bo tego chcieliśmy. Ważne są także sprawy organizacyjne. My dopiero za czasów obecnej władzy uzyskaliśmy diety, tzn. zwrot kosztów dojazdu na zebrania i posiedzenia zarządów. Mamy także środki na działalność ze współpracy z Polską Federacją sp. z o.o. Do tego czasu związki regionalne były bez pieniędzy.

Federacja osiągnęła sukces w krótkim czasie, dogoniliśmy Europę w produkcji mleka, jesteśmy w czołówce – to jest fakt, którego nie da się wymazać.
Temu nikt nie zaprzeczy, nawet ci, którzy usilnie próbują mówić, że to jest nieprawda. Po prostu fakty są faktami i tego się nie zmieni. Myślę, że ten ruch, który powstał i przez lata nabierał rozpędu, będzie zawsze pamiętał o tym, że na początku tworzyli go ludzie, którzy życzyli jak najlepiej polskiej hodowli. To byli i są ludzie, którym się chciało, którzy myśleli o hodowli i później wiedzieli, czego chcą dla dobra hodowców. Obecnie sytuacja finansowa, jaką mamy, związana z zabraniem części dotacji dla hodowców, już niestety limituje nasze działania. Cały świat stawia bardzo mocno na genomikę, a u nas próbuje się ją utrącić, bo rządzący mówią, żeby dać sobie z nią spokój. Myślę, że nie bardzo wiedzą, o co chodzi. To, że minister zabrał dotację, to jedno, ale że tak mówią o genomie, to drugie.

Szkoda, że tak jest, też nad tym ubolewam. Pan mówił o mniej licznych rasach, a one przecież także wymagają genomowej selekcji.
Oczywiście, że tak. W tej chwili osiągnęliśmy określony pułap wydajności mlecznych samic i musimy zacząć szukać pieniędzy, czyli ekonomiki w produkcji mleka i chowie bydła. A prowadzenie hodowli z wykorzystaniem genomiki to jest to, czego potrzebujemy. Chcemy obniżać koszty produkcji mleka, bo to, co dotychczas osiągnęliśmy, było spowodowane dużym nakładem finansowym po naszej stronie. Chcemy być konkurencyjni, a bez genomiki nie będziemy. To jest zadanie dla Federacji na najbliższy czas. Moim zdaniem mamy bardzo dobrze zorganizowaną działalność, stworzyliśmy świetną organizację, a teraz przyszedł czas na pomoc rolnikom w zakresie ekonomiki produkcji mleka poprzez wprowadzanie nowych cech do oceny wartości hodowlanej bydła mlecznego.

Poświęcił Pan część swojego życia Polskiej Federacji i hodowli bydła w Polsce. 30 lat tej działalności – jak sam Pan przyznał – minęło w tym roku. Być może będzie Panu niezręcznie odpowiedzieć na moje pytanie, ale je zadam. Czy jest w Polsce inny związek hodowlany, który przez lata rośnie w siłę i jest świetnie zarządzany, zwiększa udziały w rynku i gwarantuje jakość surowca?
Na pewno nie mamy się czego wstydzić. Tak jak powiedziałem, jesteśmy w ścisłej europejskiej czołówce, co osiągnęliśmy w bardzo krótkim czasie. Poszczególne kraje dochodziły do tego przez lata. Zaczynaliśmy od bardzo dużego rozdrobnienia w produkcji mleka, a dziś jesteśmy potęgą. W mojej spółdzielni było 6 tys. dostawców, a dziś jest 240. Możemy mówić o innej skali produkcji. Postawiliśmy na jakość mleka. Ocena była i jest kluczowa. To wszystko nie zrobiło się samo. Cała branża zasługuje na duże uznanie.

Czy my, Polacy, mamy cechy charakteru, które nie pozwalają nam docenić tego, co ciężko wypracowaliśmy wspólnie? Czy musimy burzyć stary porządek, bo inaczej się nie da? Dlaczego nie ma kontynuacji myśli?
Nie generalizowałbym. Przez te wszystkie lata spotkałem wiele osób, które bardzo pozytywnie odbierają to, co udało się zrobić, ale jak w każdym społeczeństwie, znajdą się czarne owce, które mają swoje prywatne interesy i czasami, wykorzystując jakieś sytuacje i opinie, próbują rozegrać to na swoją korzyść. Czasami staram się zrozumieć, że chcą kimś być, zabłysnąć, jednak boli mnie to, że robią to kosztem dorobku ludzi, którzy ciężko pracowali i pracują. Nie można do swoich celów dochodzić kosztem innych.

Żyjemy w niełatwych czasach. Pandemia COVID-19 rządzi rynkiem, także rynkiem mleka. Jakie jest, według Pana, najważniejsze wyzwanie dla całej branży mleczarskiej, oprócz wdrożenia w większym stopniu do hodowli i chowu bydła genomiki, o której Pan mówił?
Z konieczności włączam czasami telewizor i powiem, co mnie wobec tego trafia. Osoby, które widzę, a które prowadzą różne doradztwa kulinarne, używają mleka roślinnego, nie krowiego. Pokolenia wychowały się na mleku krowim i uważam, że my, zarówno producenci mleka, jak i jego przetwórcy, musimy postawić na dobrą reklamę. Musimy przekonać tych, którzy żywią – czy to indywidualnie, czy zbiorowo – że najlepszym mlekiem jest mleko krowie. Zgadzam się, że jest część ludzi uczulonych, ale, o ile wiem, jest na rynku dla nich mleko krowie o specjalnych parametrach. Generalnie posiłki powinny być przygotowywane na bazie mleka krowiego i produktów z niego pochodzących, a nie zwożonych z całego świata.

Zaczęła się kampania #DziękujemyŻePijecieMleko, przeznaczono na nią pieniądze z Funduszu Promocji Mleka, więc hodowcy nie zasypiają gruszek w popiele. Dziękuję za rozmowę.  