Nowa strategia dla hodowli. Przełom, pragmatyzm czy gra na czas?

Komisja Europejska położyła karty na stół. Długo wyczekiwana, pierwsza w historii długoterminowa strategia na rzecz sektora hodowlanego ujrzała światło dzienne. Jak wiele tego typu unijnych dokumentów, można ją czytać na dwa sposoby: jako listę pobożnych życzeń albo jako ambitny plan na trudne czasy. Zamiast jednak od razu rzucać gromy lub popadać w bezbrzeżny zachwyt, warto postawić sprawę jasno – na stole pojawiła się propozycja po prostu interesująca. Propozycja, która w wielu miejscach wprost wychodzi naprzeciw wieloletnim postulatom środowisk rolniczych, ale jednocześnie nie pozostawia złudzeń co do tego, dokąd zmierza unijny okręt.

Jan Hereditas

Hansen i Krajewski
Komisja Europejska przyjęła długoterminową strategię na rzecz sektora hodowlanego, co ogłosił Christophe Hansen, unijny komisarz ds. rolnictwa. Na zdjęciu ze Stefanem Krajewskim podczas wizyty w Polsce, fot. © Unia Europejska, 202X, na licencji CC BY 4.0

Z perspektywy hodowcy, zwłaszcza w tak wymagających sektorach jak produkcja mleka czy żywca, w dokumencie znajdziemy sporo dobrych wiadomości. Unia wreszcie głośno i jednoznacznie przyznaje, że hodowla zwierząt to nie obciążenie, a kluczowy filar bezpieczeństwa żywnościowego Europy. Co więcej, Bruksela uderza w nutę, na którą rolnicy czekali od dawna – zapowiada walkę o międzynarodową wzajemność. Zasada jest prosta: jeśli my podnosimy poprzeczkę i wymagamy wysokich standardów dobrostanu, to musimy tego samego wymagać od mięsa czy mleka wjeżdżającego do nas z importu. To milowy krok w stronę ochrony unijnego rynku przed nieuczciwą konkurencją. Równie ciekawie i pragmatycznie brzmią zapowiedzi wsparcia dla lokalnych i mobilnych rzeźni, które mają skrócić transport zwierząt , czy programy ratowania hodowli w regionach zagrożonych jej całkowitym zanikiem.

Z drugiej jednak strony, nad całą strategią unosi się jeden, wielki znak zapytania. Brzmi on: za co?

Kluczowe finansowanie

Komisja Europejska zręcznie diagnozuje bolączki wsi – niską rentowność, koszty, choroby – ale zamiast sypnąć groszem na radykalną transformację, proponuje nam analizy, „rozważanie” nowych instrumentów i opieranie się na dotychczasowym budżecie. Przechodzenie na systemy bezklatkowe, monitoring emisji na poziomie gospodarstwa czy ambitny plan białkowy, zakładający wzrost udziału rodzimych pasz w Unii z 25% do 35% do 2035 roku – to wszystko brzmi dumnie. Jednak przeciętny właściciel gospodarstwa rodzinnego ma prawo zapytać: jak mam sfinansować te innowacje, skoro presja ekonomiczna nie maleje?

Czy ta strategia nie pogłębi różnic i nie sprawi, że z unijnego stołu skorzystają tylko najwięksi, najlepiej skapitalizowani gracze?

To pytanie na razie musi pozostać bez odpowiedzi. Czas pokaże, jak Bruksela zamierza przekuć te intencje w konkretne akty prawne i – przede wszystkim – realne strumienie finansowe.

Cele nie zmieniły się

Warto jednak spojrzeć na ten dokument szerzej, przez pryzmat globalnej szachownicy. Naiwnością byłoby sądzić, że Komisja Europejska nagle odwróci się od swoich flagowych idei klimatycznych. Przebyliśmy zbyt długą drogę, by Bruksela mogła teraz, ot tak, zrezygnować z ambicji redukcji emisji czy gospodarki obiegu zamkniętego. I w tym tkwi sedno sprawy. Unia Europejska nie rezygnuje ze swoich ideałów, ponieważ chce być – i dzięki tej konsekwencji staje się – kluczowym geopolitycznym graczem.

Narzucając wysokie standardy u siebie, a potem twardo egzekwując je od partnerów handlowych w ramach wspomnianej „wzajemności”, KE zyskuje potężne narzędzie nacisku na resztę świata. Pokazuje globalnym partnerom: jeśli chcecie handlować z najbogatszym rynkiem, musicie grać według naszych, zielonych reguł.

Strategia dla sektora hodowlanego to zatem kompromis pomiędzy unijną dyplomacją a twardą rzeczywistością europejskiej wsi. Dziś oceniamy ją po intencjach. Czy pokaże, czy stanie się ona realną tarczą ochronną dla rolników, czy jedynie pięknie opakowaną kontynuacją kosztownych wymagań? Odpowiedzi na te najważniejsze pytania przyniosą najbliższe lata. Na razie jedno jest pewne: dyskusja o przyszłości europejskiej hodowli właśnie weszła na zupełnie nowy poziom.