Czasem warto postawić wszystko na jedną kartę

Przyjęło się kiedyś mówić: może by wszystko rzucić i wyjechać w Bieszczady? Pan Krzysztof Wójcik prawdopodobnie kierował się tym powiedzeniem, kiedy ponad 20 lat temu opuścił rodzime Mazowsze, zainwestował swoje oszczędności w dawny PGR i rozpoczął hodowlę bydła mlecznego. Co prawda nie przeniósł się w Bieszczady, tylko na krańce województwa lubelskiego, ale – jak pokazał czas – właśnie do odważnych świat należy.

tekst i zdjęcia: Mateusz Uciński

Zwykle na łamach naszego miesięcznika goszczą hodowcy mogący się poszczycić wielopokoleniową tradycją swoich gospodarstw, których pozycja budowana była na bazie wiedzy przekazywanej z ojca na syna. Krzysztof Wójcik, pochodzący z Radomia, nie miał takiego doświadczenia, a wieś znał raczej z wizyt u swoich dziadków. W latach 90. stworzył jedną z największych hurtowni spożywczych na Mazowszu, zarządzał także firmą zajmującą się transportem międzynarodowym, która dysponowała ponad 30 tirami. W 1998 r. postanowił zainwestować w ziemię. Wybór padł na dawne PGR-owskie gospodarstwo w Korolówce-Osadzie na Lubelszczyźnie. Wspierany przez kolegę znającego się na rolnictwie, uznał, że jest to perspektywiczny kierunek i mówiąc kolokwialnie, da się z tego żyć. Gdyby coś poszło nie tak, istniały jeszcze pozostałe przedsiębiorstwa, które nadal prężnie funkcjonowały. Hurtownia i firma transportowa zostały definitywnie zamknięte w latach 2003–2004, kiedy się okazało, że przedsiębiorcę z Mazowsza bez reszty pochłonęła praca hodowlana.

Nowa hodowlana rzeczywistość
– Patrząc z perspektywy czasu, w tamtych latach znacznie łatwiej było rozpocząć taką inwestycję, bo władza sprzyjała przedsiębiorcom – wspomina pan Wójcik. – Chociaż muszę przyznać, że to, co zastałem na miejscu, dużym optymizmem nie napawało. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że było to jedno z najbardziej zaniedbanych gospodarstw w woj. lubelskim. Ale się nie poddałem. Z racji tego, że ziemia w tym rejonie to piąta, szósta klasa, nienadająca się do jakichś specjalnych upraw, praktycznie już od samego początku postawiliśmy na hodowlę bydła mlecznego, zwłaszcza że jeżdżąc do Niemiec i Francji, widziałem możliwości takiej hodowli nawet na słabych gruntach. W 1999 r. sprzedaliśmy znajdujące się w gospodarstwie stado opasów, a od 2000 rozpoczęła się na dobre przygoda z produkcją mleka. Zaczęliśmy od stada 43 sztuk, zakupionego w Wielkopolsce. Potem kupiliśmy od rolników 500 jałówek, które odchowaliśmy, i tak naprawdę to był początek naszej hodowli.

Nowy właściciel gospodarstwa nie zwolnił zatrudnionych w nim ludzi, wielu z nich pracuje tam po dziś dzień, i zabrał się z kopyta za dostosowanie do nowych potrzeb swojego przedsiębiorstwa hodowlanego.

– Sukcesywnie modernizowaliśmy istniejące obory, na miarę naszych możliwości w tamtych latach – opowiada pan Krzysztof. – Jednak zawsze coś nam jeszcze nie pasowało. W końcu w 2015 r. postanowiliśmy wybudować zupełnie nową oborę, której jedną część uruchomiliśmy w 2017 r., a drugą w 2019. Muszę przyznać, że ten budynek to efekt bardzo wielu wypraw po Polsce i za granicę, a także konsultacji z wieloma specjalistami, którzy doradzili nam wiele optymalnych dla nas rozwiązań.

Wybudowana w latach 2015–2019 obora jest przestronna i nowoczesna, może pomieścić ponad 500 sztuk zwierząt

Nowy obiekt prezentuje się imponująco. Wolnostanowiskowa obora na 540 stanowisk ma 168 m długości i 37 m szerokości. Legowiska wyścielone są separatem, na rusztach działają zgarniacze obornika. Jest wysoka, bardzo przestronna, jasna i ma doskonałą wentylację. Zwierzętom w niej bytującym zapewniono właściwy dobrostan, poczynając od dostępu do paszy i wody, a na czochradłach kończąc. Obecnie utrzymywanych w niej jest około 430 krów dojnych. Wszystkich zwierząt w gospodarstwie jest ponad 1220.

Symfonia na dwa rodzaje robotów
Obora w Korolówce-Osadzie jest jedyną w Polsce, a może i w Europie, gdzie działają dwa rodzaje robotów udojowych: jedną część obory obsługują maszyny Lely, drugą urządzenia DeLaval. Skąd taki udojowy duopol?

– W 2015 r. uzgodnione było, że zainstalujemy roboty Lely w całym obiekcie, i pojawiły się pierwsze cztery z nich, kiedy dwa lata później oddaliśmy do użytkowania połowę naszej obory – wyjaśnia pan Wójcik. – W międzyczasie zmienił się prezes firmy, a nam przedstawiono nowy wzór umowy na kolejne maszyny, w której nie był do końca jasny status własności robotów, które mieliśmy otrzymać. Nie mogliśmy się na to zgodzić. Dlatego zaczęliśmy rozmawiać z firmą DeLaval, i ostatecznie to oni wyposażyli drugą część obory w swoje maszyny. Teraz to wygląda tak, jakby były dwie oddzielne obory, i tak jest rozdzielone w raportach z próbnych dojów, zwłaszcza że system doju jest ten sam.

W obiekcie funkcjonują dwa typy robotów udojowych: jedna część obory obsługiwana jest przez urządzenia Lely, druga przez maszyny DeLaval

Zdaniem hodowcy automatyczny dój przede wszystkim zapewnia zwierzętom swobodę, nie muszą być przepędzane czy zaganiane i nikt nie zmusza ich do doju. Poza tym, z ekonomicznego punktu widzenia, roboty są zdecydowanie bardziej opłacalne niż np. hala udojowa czy tzw. karuzela, których obsługa na pewno wymagałaby zatrudnienia dodatkowych pracowników, a o tych dziś bardzo trudno. Najważniejsze, że obecne rozwiązanie się sprawdza, krowy chętnie i bez problemu się doją, a wiele zwierząt korzysta z robotów nawet trzy razy w ciągu doby. Z wydajnościami również nie ma problemów. Z raportów wynika, że średnie wydajności od krowy za ostatnie sześć miesięcy wahają się w granicach 35,3–38,2 kg mleka. Jak nietrudno się domyślić, za takimi osiągnięciami stoi odpowiednie żywienie, które różni się od powszechnie stosowanego.

Ograniczyć kukurydzę!
Baza paszowa dla gospodarstwa jest imponująca. Dzięki 1000 ha gruntów hodowcom z Korolówki-Osady niestraszna jest nawet susza, a na zakup zaopatrzenia z tej hodowli mogą liczyć także inni rolnicy. Łąki z lucerną zajmują 270 ha, na 250 ha uprawiana jest kukurydza, 150 ha zajmuje pszenżyto, a na 120 ha założono tzw. lucerniaki. Te ostatnie uprawy są szczególnie ważne, gdyż roślina ta bardzo dobrze się przyjęła na niezbyt urodzajnych gruntach. Co ciekawe, pan Wójcik jest zdeklarowanym przeciwnikiem stosowania kukurydzy w żywieniu krów. Uważa, że przygotowywane z niej kiszonki zawierają duże ilości mikotoksyn, a te przyczyniają się do ogromnych problemów z rozrodem krów. Do tego dochodzą bardzo wysokie koszty uprawy i samego zbioru kukurydzy. Jego zdaniem w Polsce nie ma jeszcze wyspecjalizowanych firm świadczących profesjonale usługi w tym zakresie. Kolejnym negatywnym aspektem są powtarzające się susze i coraz większe ryzyko w plonowaniu roślin. W gospodarstwie udział kiszonki z kukurydzy w dawce pokarmowej krów obecnie nie przekracza 15%. Hodowca zaznacza jednak, że gdy tylko pozwolą na to warunki i uzyska wystarczająco dużo traw i lucerny, całkowicie zrezygnuje z uprawy kukurydzy.

Nie tylko HF-y
O rozwoju hodowli świadczy przede wszystkim prawidłowy rozród w stadzie, a na ten pan Krzysztof narzekać nie może. Kluczem do jego sukcesu jest odejście od tradycyjnego modelu polskiej hodowli, w dużej mierze opartej na holsztyno-fryzach – hodowca postawił na krzyżowanie tej rasy z montbeliardami.
– To, co powiem, nie jest popularne w naszym kraju – zaznacza Krzysztof Wójcik – ale prawda jest taka, że polscy hodowcy nie zawsze dają sobie radę z holsztyno-fryzami. Zresztą nie tylko polscy. HF jest bardzo dobrą rasą, ale wymaga doskonałych pasz, nasłonecznienia, odpowiednich pól, a nawet odpowiednich deszczów. A i wtedy nie mamy gwarancji, że uzyskamy wszystko, co ma do zaoferowania ta rasa. Nawet Holendrzy sobie z tym nie radzą w stu procentach. Dlatego we Francji czy w Niemczech zaczęto myśleć, co z tym zrobić. Stąd pomysł na krzyżowanie holsztyno-fryzów z montbeliardami. My zaczęliśmy to robić od około 2005 r., chociaż mówiono o nas, że będziemy zoo sobie urządzać. W 2006 r. zakupiliśmy sztuki tej rasy z Francji, z firmy Coopex, i była to bardzo dobra decyzja. Nigdy jej nie żałowaliśmy, a ci, którzy na początku z nas drwili, potem sami bacznie obserwowali efekty.

Po latach podstawą produkcji mleka w gospodarstwie są tzw. mieszańce, które stanowią 50% stada. 30% to czysto rasowe krowy montbeliarde, a pozostałe 20% – holsztyno-fryzy o imponujących wydajnościach, kryte najlepszymi buhajami tej rasy. Krowy (krzyżówki HF i montbeliarde) wyróżniające się dobrą produkcją mleka kryte są buhajem rasy montbeliarde, a sztuki przeciętne inseminowane są ponownie buhajem holsztyńsko-fryzyjskim. Taka polityka hodowlana bardzo dobrze się sprawdza. Zdaniem właściciela hodowli zwierzęta te są zdecydowanie zdrowsze, nie mają problemów z wycieleniami i nie występują upadki cieląt. Do tego jest wielu chętnych na zakup takiego materiału hodowlanego. Pod względem wydajności są porównywalne z bydłem holsztyńsko-fryzyjskim, zwłaszcza gdy hodowca nie stara się za wszelką cenę windować wydajności. Trzeba zaznaczyć, że wśród krzyżówek są także takie, które potrafią oddać nawet 15 tys. kg mleka w laktacji, przy średniej stada wynoszącej około 11,3 tys. kg od sztuki.

– Do tego jeszcze jedna kwestia – przypomina sobie pan Wójcik. – Mieliśmy kiedyś awarię wozu paszowego i musieliśmy ręcznie zadawać paszę. Podaliśmy ją na stole paszowym, gdzie po jednej stronie stały czyste montbeliardy, a po drugiej holsztyno-fryzy. Te ostatnie w ogóle nie chciały jeść i ich wydajność spadła o sześć litrów dziennie. Z kolei montbeliardy zjadły wszystko i mleko nie spadło nawet o mililitr. To tylko potwierdza, że ta rasa jest o wiele łatwiejsza w utrzymaniu niż HF-y. Ale mam świadomość, że dopóki nie zostanie to udowodnione naukowo, w postrzeganiu tych zwierząt przez rolników nic się nie zmieni.

Jak najzdrowsze krowy
Zapytany o priorytety, pan Krzysztof bez wahania podkreśla, że w swojej hodowli najbardziej stawia na zdrowotność zwierząt. Będą zdrowe zwierzęta, będą zacielenia, będzie mleko! – to jego maksyma.

– Tego się nauczyłem, obserwując hodowle niemieckie, gdzie się stawia na maksimum swobody dla krów – akcentuje hodowca. – Tego też uczył mnie zaprzyjaźniony z naszą hodowlą prof. Zygmunt M. Kowalski z Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. I my też tak robimy. Tak naprawdę do nas należy, aby dać im właściwie jeść, obserwować i kontrolować, nie przeszkadzać w produkcji. My jesteśmy cierpliwi i nie zakładamy dalekosiężnych planów, pozwalamy wszystkiemu toczyć się naturalnym torem, dzięki czemu mamy takie efekty.

Nie są to słowa rzucone na wiatr. W Korolówce-Osadzie zdrowie utrzymywanych krów jest wręcz wzorcowe. Świadczyć o tym może choćby liczba komórek somatycznych, która w stadzie oscyluje w okolicach 80–100 tys., czyli jest ewenementem w skali europejskiej. Nie zaobserwowano także żadnych kłopotów z rozrodem, rzeczywisty okres międzywycieleniowy wynosi 372 dni. Brakowanie za ostatnie pół roku jest na poziomie 5,5%, ponieważ hodowla jest w trakcie obsadzania nowej obory i krowy cały czas są selekcjonowane, między innymi pod kątem predyspozycji do doju w robotach. Te, które nie spełniają kryteriów, są odsprzedawane do dalszej hodowli w innych gospodarstwach. Znamienne jest także to, że do remontu stada wykorzystywane są tu wyłącznie własne zwierzęta, a i tak wiele jałówek jest sprzedawanych na zewnątrz.

Hodowca cały czas inwestuje i planuje rozwój hodowli. Poważnie myśli o budowie kolejnej obory, ale jednocześnie podkreśla, że bardzo wiele przedsięwzięć w obecnej sytuacji rynkowej jest trudnych do zrealizowania.

– Powiem szczerze, gdyby państwo pomogło, bo my sami, tu w rodzinie z córkami i synem, nie damy rady, bo koszty są duże, to można by spokojnie wybudować kolejną oborę – podsumowuje hodowca. – Tym, co w tej chwili bardzo nas hamuje, jest okres spłat kredytów. Obecnie wynosi on 10 lat, zamiast oczekiwanych 30. A to za mało czasu, żeby zwyczajnie zapracować na spłatę tej inwestycji. Podam przykład. Byłem u kolegi w Niemczech, który w tym samym czasie budował oborę podobną do mojej, i która kosztowała podobne pieniądze. Tylko że on dostał milion euro bezzwrotnej dotacji od swojego państwa. U nas, niestety, stawia się na małe gospodarstwa, chociaż to te duże tak naprawdę napędzają gospodarkę, przemysł mleczarski, dają zatrudnienie. Spłata dużego kredytu w tak krótkim okresie jest praktycznie niemożliwa.

Mimo tych wątpliwości, kiedy patrzymy na to, jak wysoki światowy poziom reprezentuje gospodarstwo rodziny Wójcików, jesteśmy pewni, że jeszcze nieraz nas zaskoczy. Naturalnie pozytywnie. Jak widać, nie trzeba być rolnikiem z dziada pradziada, aby prowadzić doskonałą i rentowną hodowlę. Wystarczy mądrość, pasja, a przede wszystkim odwaga, której panu Krzysztofowi nie brakuje. Gratulujemy! 

Krzysztof Wójcik przed 22 laty porzucił branżę transportową i zajął się hodowlą bydła mlecznego, ta praca jest jego pasją