Hodowla w czasach zarazy

Epidemia to nie tylko czas ogromnego zagrożenia zdrowotnego dla nas wszystkich, ma ona także istotny wpływ na stan umysłu, w którym lęk łączy się z niepewnością, obawami o przyszłość… Dotyka każdego, bez względu na miejsce zamieszkania czy status społeczny. Chociaż mogłoby się wydawać, że na wsi jest bezpieczniej, to jednak pandemia COVID-19 także tutaj odcisnęła swoje piętno. Opowiedzieli nam o tym państwo Bogumiła i Łukasz Majkowscy z mazowieckich Jarzył.

tekst: Mateusz Uciński

Gospodarstwa państwa Majkowskich prawdopodobnie nie trzeba przedstawiać naszym czytelnikom, gdyż gościło na naszych łamach niejednokrotnie, a sama hodowla prowadzona jest wręcz wzorcowo. Przypomnijmy, że jest to rodzinne gospodarstwo, w którym utrzymywane są obecnie 62 krowy mleczne, a ich średnia wydajność wynosi ponad 10,1 tys. kg mleka i stale rośnie. Stado to słynie nie tylko z produkcji mleka – sztuki z niego pochodzące były tryumfatorkami wielu wystaw, a także uzyskały zaszczytny tytuł „excellent”. Pan Łukasz aktywnie uczestniczy w życiu związkowym Federacji i chętnie korzysta z oferowanych przez nią usług. Teraz zgodził się na naszą redakcyjną wizytę, podczas której – trzeba zaznaczyć – zachowaliśmy wszystkie środki ostrożności związane z panującą pandemią. Zwłaszcza że to właśnie o niej chcieliśmy porozmawiać. Podczas wizyty nie zauważyliśmy szczególnej nerwowości ze strony naszych gospodarzy, chociaż zarówno pan Łukasz, jak i pani Bogusia zgodnie przyznają, że wirus SARS-CoV-2 także w Jarzyłach sporo zmienił.
– Muszę przyznać, że na wsi obostrzenia nie są i raczej nie były tak mocno odczuwalne, jak zapewne w mieście – zauważa pan Majkowski. – Chociażby dlatego, że nie chodzimy do pracy w maseczkach. Staraliśmy się i staramy nadal uważać, zachowywać dystans, dbać o higienę, zwłaszcza że mamy troje dzieci i mieszkamy z moimi rodzicami, którzy z racji wieku są w grupie podwyższonego ryzyka.

– To, co się zmieniło, to na pewno podejście do zakupów – uzupełnia pani Bogusia. – Kiedyś jeździliśmy do sklepu za byle drobnostką, teraz robi się konkretną listę, zakupy są raz w tygodniu i szczerze mówiąc, okazuje się, że nawet jak się czegoś zapomni, to można się bez tego obejść.

Chociaż teraz gospodarze opowiadają o tym z uśmiechem, to przyznają, że początkowo nikomu nie było do śmiechu.

Państwo Majkowscy razem z dziećmi próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości i przestrzegać zalecanego reżimu sanitarnego

W obliczu zagrożenia
– Takim bardzo wyraźnym sygnałem, że to coś poważnego, było zamknięcie szkół – wspomina pani Bogusia. – To był przełomowy moment, i dało się to odczuć po nastrojach ludzi. Poza tym nagle zaczęło brakować chleba w sklepach, a zaraz potem drożdży. Naturalnie, potem to się unormowało, ale te pierwsze dni to był szok. Ludzie kupowali na zapas i mrozili.

– Tylko potem okazało się, że trzeba coś i do tego chleba kupić – kwituje pan Łukasz. – A zamrażarki przecież nie są z gumy. Więc na pewno z początku jakaś panika w tym wszystkim była.

Państwo Majkowscy zgodnie podkreślają, że pierwsze dni nowej rzeczywistości były trudne, przede wszystkim z powodu braku konkretnych informacji o epidemii. W gospodarstwie zachowywano, niekiedy nawet przesadnie, wszelkie środki bezpieczeństwa, na co dzisiaj reaguje się rozbawieniem. Prawdziwym sprawdzianem – jak podkreślają gospodarze – były święta wielkanocne, które Majkowscy postanowili spędzić tylko we własnym gronie. Poza tym ograniczone zostały praktycznie do minimum wyprawy do okolicznych miast, nie mówiąc już o jakichkolwiek zakupach, poza niezbędnymi produktami.

– Nareszcie żona ma w czym wyjść! – żartuje pan Łukasz. – Co ciekawe, tak jak kiedyś dobierała buty do ubioru, tak teraz dobiera do niego różne maseczki. Jest to na pewno jakiś znak czasu!

Niebagatelne znaczenie ma również obecność dzieci w domu, których zdalna nauka znacznie absorbuje czas gospodarzy. Należy także wspomnieć – co mocno podkreśla pani Bogusia – że epidemia negatywnie oddziałuje na dziecięcą wyobraźnię, pojawienie się koronawirusa w Polsce wzbudziło w młodym pokoleniu rodziny Majkowskich prawdziwe przerażenie. Mimo że w powiecie makowskim odnotowano jedynie pięć przypadków zakażenia i nieliczne przypadki kwarantanny, to jednak świadomość bliskości „zarazy XXI wieku” mocno wpływa na nastroje wśród najmłodszych. Jak podkreśla pan Majkowski, teraz panika związana z ogłoszeniem izolacji już opadła i wszyscy myślą bardziej racjonalnie, ale jeszcze miesiąc temu nawet w Jarzyłach ludzie patrzyli na siebie podejrzliwie, obawiając się ryzyka zarażenia. Niewykluczone – co podkreślają gospodarze – że gdyby w gminie pojawił się ktoś zarażony COVID-19, to poczucie zagrożenia powróciłoby znowu.

Na szczęście pandemia koronawirusa nie wpłynęła w znaczący sposób na płynność dostaw do gospodarstwa

Nowa codzienność hodowlana
Przy krowach, jak wiadomo, nie da się pracować zdalnie, więc hodowla nadal funkcjonuje zgodnie z naturalnym rytmem. Wprowadzono jedynie rygor sanitarny, niezbędny w związku z kontaktami, np. gdy do gospodarstwa przyjeżdża cysterna po mleko, odwiedza je zootechnik oceny czy przedstawiciele firm obsługujących stado. Jak podkreśla pani Bogusia, odbiór mleka z gospodarstwa obwarowany jest wieloma obostrzeniami, takimi jak zakaz wychodzenia do kierowcy, zachowanie szczególnej higieny podczas doju czy udostępnienie środków dezynfekcyjnych. Podobne środki bezpieczeństwa zachowywane są podczas procedury próbnych udojów, które po wymuszonej przerwie kontynuowane są w jarzylskim gospodarstwie. Do hodowli państwa Majkowskich docierają również bez żadnych problemów weterynarz i inseminator. Niestety, pandemia wpłynęła na kwestie finansowe związane z prowadzeniem hodowli i produkcją mleka.

– To, co odczuliśmy i odczuwamy nadal, to zmiana cen w naszej hodowlanej branży – zauważa pan Łukasz. – Nie było problemów z dostępnością zaopatrzenia dla gospodarstwa, ale koszt zakupu dodatków paszowych, soi czy rzepaku poszybował średnio o 10–15% w górę. Większość tych cen pomału spada. Problem stanowiły witaminy, bo podobno część komponentów do nich była ściągana aż z Chin. Poza tym, jak wiadomo, cena za mleko spadła, tak samo jak cena za żywiec wołowy. W tej chwili mleczarnia płaci nam za surowiec 1,37 zł netto, czyli o 12 gr mniej niż poprzednio, i zaznacza, że nie powiedziała w tej kwestii ostatniego słowa. Co prawda zarząd zakładu ostatnio informował, że epidemia w żaden sposób nie wpłynęła na zbyt produktów, ale nie wiadomo, jak będzie dalej. Na razie jesteśmy w tej komfortowej sytuacji, że nasza mleczarnia bierze od nas wszystko, co wyprodukujemy, więc nie musimy się obawiać o to, ile wydoimy od naszych krów. Jest to ważne, bo kiedy spojrzymy na minioną zimę i tegoroczną wiosnę, to mamy temperaturowo idealne warunki dla bydła do produkcji mleka! Krowy produkują jak szalone, i mleka na rynku nie jest mniej, jak to zwykle bywało po zimie. Nieciekawie wygląda sytuacja z żywcem, o czym już wspominałem. Kiedyś braliśmy 5–5,5 zł za kilogram, teraz cena spadła średnio o złotówkę, co, jakby nie patrzeć, jest dużo. Kiedy dodamy do tego, że kwoty za sprzedaż cielaków też nie są oszałamiające, mamy mniej więcej obraz, jak to teraz wygląda. Chociaż to ostatnie ma swoje korzenie jeszcze w zeszłorocznej aferze z tą ubojnią. Poza tym duża część eksportu cielęcego trafiała do Włoch, a tam w tej chwili mają inne problemy.

Państwo Majkowscy zauważyli, że bardzo wiele planowanych przez rolników na ich terenie inwestycji zostało wstrzymanych z powodu epidemii. Jedynie te osoby, które już rozpoczęły budowy lub modernizacje w gospodarstwach, co na ogół wiązało się z zaciągnięciem kredytów, kontynuują prace. Większość gospodarzy i hodowców woli nie ryzykować i poczekać, obserwując, co przyniesie przyszłość.

– Zdecydowanie tym, co w jakimś stopniu definiuje obecne czasy, jest niepewność – podkreśla pan Łukasz. – Cały czas słyszy się o różnych działaniach na rynku mleczarskim: od ograniczania odbioru mleka przez jego przetwórnie po wypowiadanie umów hodowcom. Słyszy się plotki o spadkach cen nawet do złotówki za litr. Wszystko to bardzo wpływa na nas i nasze postrzeganie przyszłości. Jesteśmy dalecy od paniki, jednak niepewność cały czas jest.

Przy krowach nie da się pracować zdalnie, zatem zajęć w oborze jest bez liku

Co dalej po pandemii?
Wszystko ma swój kres. Na szczęście dotyczy to również gorszych czasów. Z dnia na dzień świat wraca do normalności, a epidemia, chociaż ma jeszcze swoje punkty zapalne, także pomału wygasa. Naturalnie, minie jeszcze wiele dni, zanim życie będzie toczyć się dawnym torem, ale widać już światełko w tunelu. Nie można zaprzeczyć, że wiele się zmieni. Są jednak przesłanki ku temu, że będą to również zmiany na lepsze.

– Kiedy myślę o tym, co się stanie po zakończeniu pandemii, to mam nadzieję, że jako kraj zwiększymy naszą samowystarczalność – opowiada Łukasz Majkowski. – Ostatnie tygodnie i miesiące dobitnie pokazały, że bardzo szybko potrafimy dostosować się do kryzysowej sytuacji i poradzić sobie z brakami na rynku, uruchamiając produkcję tego, co potrzebne. Może w końcu zauważymy, że na Chinach świat się nie kończy i wytwarzanie niezbędnych artykułów można przenieść do Polski. Może nie będzie tak tanio, ale odejdą za to problemy z transportem.

– To na pewno będzie nowa rzeczywistość! – kwituje pani Bogusia. – Obawiam się, że po koronawirusie będziemy obawiać się wielu rzeczy, że maseczki nie znikną zupełnie, podświadomie będziemy obawiać się innych ludzi, i ten strach na długo pozostanie w całym społeczeństwie. Widzimy, że powoli kontakty międzyludzkie, sąsiedzkie, wracają do normy, ale gdzieś tam cały czas pozostaje ostrożność i dystans. Z drugiej strony na pewno nauczymy się pewne rzeczy doceniać, takie jak zdrowie czy możliwość swobodnego przemieszczania.

– Wydaje mi się, że taki czas, jak teraz, to też jest szansa dla polskiego rolnictwa, żeby uświadomić ludziom, jak jest ono ważne – podkreśla pan Łukasz. – Że lepsze są produkty rodzime, bo nie dość, że świeższe od importowanych, to jeszcze są w zasięgu ręki i nie grożą im w kryzysowym momencie zamknięte granice.

– Warto także wspomnieć, że wielu ludzi wraca do własnych upraw – komentuje pani Majkowska. – Sama mam znajomych, którzy zaadaptowali swoje pola pod ziemniaki czy kapustę, bo stwierdzili, że nie wiadomo, jak to będzie na jesieni. Popularne się robią znowu przydomowe warzywniaki. Zwłaszcza że ceny tych produktów w sklepach mocno wzrosły.

Mamy czerwiec, życie w rodzinnym gospodarstwie państwa Majkowskich toczy się dalej. Hodowcy pomału przyzwyczajają się do nowych realiów, wymuszonych przez epidemię koronawirusa. Najważniejsze, że nie tracą przy tym pogody ducha i optymistycznie patrzą w przyszłość. Miejmy nadzieję, że z każdym dniem epidemia w naszym kraju będzie wygasać i z czasem wróci dawna normalność, także ta hodowlana, czego rodzinie Majkowskich i wszystkim polskim hodowcom z całego serca życzymy! 