Idealną krowę trzeba sobie zbudować

Dla większości z nas krowa jest przede wszystkim producentem mleka. Żeby tę produkcję utrzymać na odpowiednim, stabilnym poziomie, trzeba zadbać o kondycję stada, by zwierzęta w nim bytujące w jak największym stopniu spełniały nasze oczekiwania – zarówno te produkcyjne, jak i zdrowotne. Jak to zrobić? O tym opowiedzieli nam Wiesław, Paweł i Grzegorz Kuleszowie, których hodowle nieustannie się rozwijają, o czym świadczy nie tylko wydajność ich stad, ale i sukcesy hodowlane.

tekst i zdjęcia: Mateusz Uciński

Gospodarstwo, a raczej gospodarstwa rodziny Kuleszów z Podlasia już opisywaliśmy. W grudniu 2017 roku przedstawiliśmy hodowlę Wiesława i Pawła Kuleszów w Rębiszewie-Zegadłach, a w lutym ubiegłego roku gościliśmy w Rębiszewie-Studziankach, gdzie mieszka z rodziną Grzegorz Kulesza. We wrześniowym numerze naszego miesięcznika prezentowaliśmy krowę excellent o imieniu Maga, właśnie z tej pierwszej hodowli. Gwoli przypomnienia dodam, że obydwa gospodarstwa mają długoletnią i bogatą historię związaną z bydłem mlecznym, sięgającą lat 60. ubiegłego wieku. Podczas naszej poprzedniej wizyty pan Wiesław wraz z synem Pawłem zadeklarowali, że mleka od swoich krów mają już wystarczająco dużo i teraz czas poważnie skupić się na hodowli i genetyce. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Wspomniana wcześniej Maga uzyskała tytuł superczempiona w kategorii krów na tegorocznej wystawie w Szepietowie. To już drugie takie wyróżnienie dla sztuki z Rębiszewa-Zegadeł i trzecia krowa excellent w hodowli!

Zmienić na lepsze
Paweł Kulesza, poproszony o charakterystykę rodzinnych gospodarstw, podkreśla, że są one tradycyjnie produkcyjne, ale zwraca się w nich ogromną uwagę na genetykę i postęp hodowlany. Pan Wiesław z dumą oznajmia, że obydwaj jego synowie, dzięki nabytej wiedzy i praktyce, prowadzą teraz równorzędne, dobrze prosperujące i, co najważniejsze, samowystarczalne gospodarstwa.
– Mogę śmiało powiedzieć, że moi synowie dobrze odrobili hodowlane lekcje i są doskonale przygotowani do prowadzenia własnych hodowli – podkreśla pan Kulesza. – Tegoroczna susza, chociaż uciążliwa, praktycznie nie spowodowała większych szkód w naszych gospodarstwach. Dlatego, że były na to przygotowane i zastosowano wiele środków, aby uchronić się przed jej konsekwencjami. Obydwa gospodarstwa posiadają niespełna 200 ha gruntów, dzięki czemu bazę paszową mamy zabezpieczoną na rok z góry. Kiedy na nie patrzę, to bardzo się cieszę, że mam godnych następców, i spełniają się wszystkie moje hodowlane marzenia. Poza tym moi synowie, podobnie jak ja, traktują hodowlę jako pasję.
Jak zatem zmieniały się te gospodarstwa? Na co stawiano i na co stawia się obecnie? Zdaniem Pawła Kuleszy warunki w obydwu hodowlach zawsze były bardzo dobre, ale aby produkować więcej i bardziej ekonomicznie, należało zapewnić krowom odpowiednie możliwości. Dlatego wybudowano nowe obory, a kiedy osiedlono w nich zwierzęta, trzeba było pomyśleć nad tym, żeby funkcjonowały w nich jak najdłużej. Hodowcy postawili zatem na postęp genetyczny w stadach – pracują nad konkretnymi cechami, mającymi zapewnić długowieczność i zminimalizować problemy zdrowotne.
– W dzisiejszych czasach sama produkcja mleka nie stanowi o powodzeniu hodowli – zapewnia pan Paweł. – Nie gwarantuje też rozwoju gospodarstwa. Inwestycje w dobrostan przełożyły się na wiele ogólnych kwestii, takich jak chociażby brak problemów z rozrodem i uzyskiwanie coraz lepszego materiału hodowlanego w naszych stadach. Możemy go selekcjonować, zostawiając sobie sztuki na remont, albo je sprzedawać. Ale to jest właśnie zasługa genetyki i możliwości jej zastosowania, bo w obrocie zwierzętami ważne jest, by były one jak najlepsze. Nie patrzy się już tylko na rodowód, co również jest bardzo istotne, ale także na wygląd i cechy, jakimi dana sztuka się charakteryzuje. Bo, powtarzam, teraz kupuje się jałówki nie tylko w celu produkcyjnym, ale też po to, aby ulepszyć potencjał genetyczny swojego stada i budować go na własne potrzeby. My też nie od razu osiągnęliśmy obecny poziom. Trzeba było na to czasu. Oczywiście najpierw stawialiśmy na produkcję, żeby zgromadzić środki na potrzebne zmiany. Poza tym uczyliśmy się tego. Widzieliśmy uszkodzenia nóg zwierząt w nowych oborach i myśleliśmy, jak je wyeliminować w przyszłości. Należało dążyć do odpowiedniej budowy naszych sztuk, aby jak najlepiej pasowały do warunków hodowli. Pamiętajmy, że jeszcze kilka lat temu zwracano głównie uwagę na rozmiar zwierzęcia, aby było duże, żeby w przypadku ubycia mieć chociaż niewielki zwrot kosztów. Teraz skupiamy się na tym, żeby stado było przede wszystkim wyrównane, średniej wielkości, aby optymalnie wpasowywało się w zapewnione warunki.

Nie zostawać w tyle
Aby osiągnąć obecny poziom, niezbędne były odpowiednia selekcja i dobór buhajów w stosowanych w stadach kojarzeniach. Jak już wspominaliśmy, hodowcy stan mlecznej produkcji przesunęli na liście priorytetów na dalszy plan, a skupili się na genetyce. Uwzględniając rodowody buhajów, zaczęto bardziej zwracać uwagę na cechy pokrojowe niż produkcyjne. Priorytetem stały się mocne nogi i odpowiednio zawieszone wymię i rama zwierzęcia. Niebagatelne znaczenie ma także łatwość porodów. W gospodarstwach stosowane jest nasienie seksowane, aby zapewnić zwierzęta na własny remont stada.
– O ile wcześniej nie musieliśmy zwracać tak dużej uwagi na pary rodzicielskie, ze względu na produkcyjny charakter hodowli, o tyle teraz bardzo na to patrzymy – zaznacza pan Grzegorz Kulesza. – Kiedy korzystamy z czołówki światowych buhajów, uważamy na kojarzenia w celu uniknięcia inbredu. Bardzo pomocny w tym jest federacyjny program DoKo, dzięki któremu zaoszczędzamy masę czasu.

– Istotne jest też umiejętne korzystanie z danych indeksu PF – dopowiada pan Paweł. – W naszym przypadku parametry odpowiadające poszczególnym cechom mają kluczowe znaczenie. Z doświadczenia wiemy, że przykładowo noga musi być w granicach 120, patrzymy na kaliber i somatykę zwierzęcia. Inne cechy mają znaczenie drugorzędne. Gdy dobieramy buhaje, nie jest ważne, czy podoba nam się nazwa danego osobnika, tylko to, co wniesie on do naszych gospodarstw.

– Mówiąc o indeksie PF, ja osobiście czuję pewien dyskomfort – włącza się do rozmowy pan Wiesław. – Mnie osobiście brakuje pewnego, ogólnoświatowego ujednolicenia tych danych. Ponieważ nie pokrywają się one w przypadku amerykańskich i europejskich szacowań. Poza tym pewne cechy nie są dla mnie jasne w przypadku wyceny genomowej. Na przykład cecha – pobór paszy. Zastanawia mnie, jak jest ona określana z genotypu? To ważne, ponieważ wpływa na ogólną wartość zwierzęcia. Mam wrażenie, że postęp nauki wyprzedził nasze, hodowców, pojęcie i zaczyna koncentrować się niekoniecznie na faktycznie potrzebnych cechach. Myślę, że potrzebna jest dodatkowa edukacja w tym względzie, żeby hodowcy w pełni zrozumieli, co im się prezentuje i do czego to ma służyć.

Nasi rozmówcy zwracają uwagę, że cechą, która staje się coraz bardziej pożądaną w ich oborach, jest długowieczność bytujących w nich sztuk.
– Jest to czynnik, nad którym trzeba pracować – podkreśla Grzegorz Kulesza. – Nasze obory są stosunkowo nowe, ale zakupione do nich sztuki miały przede wszystkim znaczenie produkcyjne. Dopiero gdy dochowaliśmy się własnego materiału hodowlanego, będącego na wysokim poziomie, i kiedy został on w naszych stadach, zobaczyliśmy różnicę w długości życia. Jednak trzeba pamiętać, że postęp hodowlany i jakość buhajów na rynku cały czas rosną. To, co dzisiaj uważamy za dobre, za rok może być już średnie. Staramy się zachować bardzo równy poziom w naszym stadzie, podczas dokonywania selekcji pozostawiamy sztuki, które nam najbardziej odpowiadają, a są to czasem krowy nawet w siódmej czy ósmej laktacji, i do tego poziomu dostosowujemy resztę stada. Wracając do samej długowieczności, to definiuje ona ekonomię hodowli. Nakład pracy, który jest przy pierwiastkach czy sztukach w drugiej laktacji, jest identyczny, jak przy starszych krowach. Natomiast produkcja u tych zwierząt jest większa o ok. 30%. Bardzo łatwo sobie przeliczyć zysk, jaki otrzymujemy. Dobra pierwiastka, dająca 40 litrów mleka, a krowa w trzeciej, czwartej laktacji, dająca nawet 60 litrów, to sytuacja, która daje do myślenia. Zwłaszcza że, jak wspominałem, nakłady środków i koszty są takie same. Tylko że otrzymanie takich krów, to są już właśnie działania hodowlane, czyli selekcja i kontrolowane ubycie ze stada, podyktowane nie chorobami czy niską produkcyjnością, ale przemyślanym doborem.
– Jałówki, którymi zasiedlono nowe obory, wizualnie były idealne – wspomina Wiesław Kulesza. – Niestety, produkcja przy trzeciej laktacji spadała i rozpoczynały się problemy zdrowotne. Ponieważ były to sztuki produkcyjne, nie pokrojowe. Trzeba było naprawiać te stada i na nowo dobierać materiał hodowlany.

Skoro mówimy o doborze, to trzeba zaznaczyć, że przy wyborze zwierząt na pary rodzicielskie państwo Kuleszowie zwracają uwagę na co najmniej trzy pokolenia wstecz, uważnie przyglądają się cechom pokrojowym, jakie niosą ze sobą obserwowane sztuki. Istotnym elementem jest na przykład to, czy w linii danego buhaja pojawiały się zwyciężczynie jakiś wystaw, bo to gwarantuje prawidłowy kierunek hodowlany. Jednocześnie hodowcy uważają, aby wprowadzając cechy po wybranym buhaju, nie popsuć sobie rezultatów dotychczasowej pracy.
– Tworząc stado i dobierając buhaje, nie można niczego robić na pamięć – podkreśla pan Paweł. Zwłaszcza że nikt nie wie, jak ma wyglądać ta idealna, wzorcowa krowa. Typ, który był popularny kilka lat temu, dziś nie jest już pożądany. Dlatego na bieżąco musimy weryfikować i dopasowywać cechy do naszego stada i starać się nie zostawać w tyle. Uważam, że taką idealną krowę każdy powinien sobie sam zbudować, w odniesieniu do warunków, jakie istnieją w jego gospodarstwie. W zależności od tego, czy to obora uwięziowa, wolnostanowiskowa, z halą czy z robotami, potrzeby są zupełnie inne.
– Ktoś mógłby powiedzieć, że w naszych stadach jest duże brakowanie – uzupełnia pan Grzegorz. – A tak naprawdę jest to właśnie przemyślana selekcja. Niekiedy jest to trudne, ponieważ przy wysokim, wyrównanym poziomie stada czasem trzeba sprzedać sztukę naprawdę dobrą, żeby zastąpić ją jeszcze lepszą. Jest to troszkę słodko-gorzki proces, bo czasem jest żal wartościowych sztuk.

Trzeba przyznać, że hodowcy z Rębiszew znają się na krowach i wiele rzeczy potrafią ocenić na podstawie obserwacji. Podkreślają także znaczenie pracy selekcjonerów PFHBiPM dokonujących wyceny w gospodarstwach. Jak zatem odnoszą się do porównania ocen fenotypowych i genotypowych?
– Jako jedni z pierwszych hodowców w Polsce poddaliśmy nasze sztuki genotypowaniu – opowiada Grzegorz Kulesza. – Muszę przyznać, że to, co było w rodowodzie, i wycena selekcjonera pokryły się z wynikami oceny genomowej. Zresztą posiadam te zwierzęta do dzisiaj.
– W naszym stadzie genotypujemy ok. 30% sztuk – dopowiada Paweł Kulesza. – Staramy się jednak, aby to nie były zwierzęta z najlepszymi indeksami, ale te ze średnimi. Uczestniczymy w programie Działu Hodowli PFHBiPM i wysłaliśmy ostatnio do sprawdzenia genomy dziesięciu bardzo przeciętnych sztuk, bo chcielibyśmy zobaczyć, jak się przekładają kojarzenia i wartości par rodzicielskich na potomstwo.
– Moim zdaniem nie ma innych perspektyw rozwoju niż genomowanie – zapewnia Wiesław Kulesza. – Daje to olbrzymie możliwości sprawdzenia potencjału własnego stada.

Nasuwa się pytanie, czy w Polsce, podobnie jak w Stanach Zjednoczonych, dojdziemy do momentu, kiedy będzie się genotypować całe stada, aby wyeliminować słabe osobniki, a nie wykryć najlepsze.
– Trudno jest to porównywać, ponieważ w Polsce mamy zupełnie inne warunki, chociażby finansowe – podkreśla Wiesław Kulesza. – Tam nikt nie obcina środków na postęp biologiczny, przez co moi synowie i inni hodowcy ponoszą te koszty z własnej kieszeni. Uważam, że słuszną koncepcją jest wspomniane wcześniej genomowanie przeciętnych przedstawicieli stada, bo wtedy otrzymamy średnią z genomu, co będzie podstawą do kolejnych działań hodowlanych.
– Ze względów, na które zwrócił uwagę mój tata, genomowanie na dużą skalę nie jest na razie tak rentowne, jak powinno być – zauważa Paweł Kulesza – w dużej mierze właśnie na skutek braku dofinansowania.
– Trzeba zauważyć, że USA są w innej sytuacji niż my – dodaje pan Grzegorz. – Nie mogą sprzedawać tak dużej liczby zwierząt. Po pierwsze, chodzi o koszty transportu, po drugie, poziom stad jest bardzo wyrównany i jeden hodowca od drugiego nie musi kupować materiału hodowlanego, żeby produkować mleko. Dlatego są eksporterami nasienia na cały świat i mając wyrównane stada, muszą postarać się, aby ich towar był jak najlepszy. Dlatego tak intensywnie genotypują i selekcjonują.

Trzeba przyznać, że nasza wizyta w gospodarstwach rodziny Kuleszów okazała się bardzo owocna. Rozmawialiśmy z ludźmi, którzy mają ogromną wiedzę, jednocześnie są praktykami o wieloletnim stażu. Swoimi stadami zarządzają na co dzień, aktywnie budują ich potencjał, przewidują kierunki rozwoju i inwestują w ich realizację. Są w środku swoich hodowli, a nie obserwują ich z boku. Jesteśmy pewni, że stale postępujący rozwój obydwu gospodarstw utrzyma się, a my jeszcze nieraz porozmawiamy na każdy temat związany zarówno z hodowlą, jak i chowem bydła mlecznego. Naprawdę warto! 