Nie kupczymy z politykami, rozmawiamy merytorycznie

Federacja obchodzi w tym roku jubileusz 25-lecia. Z tej okazji „Hodowla i Chów Bydła” przeprowadza serię wywiadów. Naszym kolejnym rozmówcą jest Krzysztof Banach, obecnie wiceprezydent Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka, a przed 25 laty – jej pierwszy prezydent.

rozmawiał: Radosław Iwański, zdjęcia: Krzysztof Banach – archiwum

Przenieśmy się w czasie. Był Pan pierwszym prezydentem Polskiej Federacji. Pamięta Pan tamte czasy? Jak Pan je wspomina?
Zorganizowanie się w tamtych czasach nie było łatwe. Pamiętam dobrze, jak na każdym kroku podstawiano hodowcom nogi. Nikt nie chciał, żebyśmy się zrzeszyli i byli samorządną i demokratyczną organizacją, którą, dzięki Bogu, jesteśmy do dzisiaj. Przed 25 laty prym wiodły Centralna Stacja Hodowli Zwierząt i Ministerstwo Rolnictwa.

Dlaczego? Komuny już nie było kilka lat, przynajmniej oficjalnie.
Hodowcy nie byli mile widziani w Warszawie. Wtedy wspomniane przeze mnie instytucje uważały, że hodowla bydła powinna być nadal sterowana centralnie, czemu my się sprzeciwialiśmy. Postawiliśmy sprawę jasno – hodowcy bydła mlecznego i producenci mleka mają sami decydować o celach hodowlanych, czyli o tym, jakie cechy mają mieć nasze zwierzęta i na które będziemy stawiać. Komuny nie było, ale tylko oficjalnie, bo wciąż wtedy grała w bardzo wielu duszach. Dziś jest podobnie, bo minister rolnictwa chce decydować za nas o hodowli. Na to zgody nie było 25 lat temu, nie ma jej także teraz. O hodowli bydła na całym świecie decydują sami hodowcy, jeśli ktoś uważa inaczej, to znaczy, że się bardzo pomylił.

Przemieściliśmy się w czasie. Wróciliśmy do teraźniejszości. Wiem, że polityka jest w Polsce wszechobecna, ale znowu cofnijmy się w czasie?
Jak wspomniałem, początki były trudne, a ci, którzy tworzyli Federację, włożyli w ten proces bardzo dużo wysiłku i wiele własnych pieniędzy. Przez wiele lat działałem w Federacji za własne środki. Każdego dnia musiałem się użerać z notablami wspomnianych instytucji, którzy – dobrze to określił Leszek Hądzlik – uważali, że chłopi są od dojenia krów, a nie od robienia hodowli. Federacja nie powstała dlatego, że ktoś miał takie widzimisię, tylko po to, żeby kształtować polską hodowlę i decydować o niej. Spójrzmy na Prezydium i Zarząd, w ich skład wchodzą doświadczeni hodowcy, to samo można było powiedzieć o pierwszych strukturach Polskiej Federacji Hodowców Bydła i Producentów Mleka. Hodowcy wiedzą, jakie samice chcą mieć we własnych oborach. Przecież decyzje podejmowane dziś skutkują za kilka lat, mimo że hodowla bardzo przyspieszyła, gdy do praktyki weszła genomika.

Genomika nadała hodowli nową jakość, choć w Polsce była spóźniona przez decyzje administracyjne niezależne od hodowców.
To prawda, zawsze mieliśmy pod górę, ale nie mieliśmy jeszcze takiego ministra, jak obecnie, który zabrał hodowcom pieniądze na postęp biologiczny. On myśli, że zabrał Federacji – nie, nie Federacji – zabrał je hodowcom. Dziś mówi, że patologią są duże gospodarstwa – myli się bardzo, patologią jest sprzedaż polskiej ziemi obcokrajowcom. Z tego, że powstały duże rodzinne gospodarstwa, trzeba się tylko cieszyć. Pan minister powinien zobaczyć, na czym polega produkcja mleka i dopiero zabierać głos.

25 lat zleciało, jak jeden dzień. Ludzie się zmieniają nie tylko z wyglądu, a Krzysztof Banach pozostał taki sam – zawsze szczery i mówi wprost, to co myśli.
Pewnie dlatego nie został politykiem.

Znowu jesteśmy w 2020 r. Jak przypomina Pan sobie pierwszy Walny Zjazd Federacji?
Najpierw mieliśmy kilka spotkań, na których opracowywaliśmy Statut Federacji. Bez niego nie mogliśmy zwołać Walnego Zjazdu, na którym związki regionalne mogłyby powołać PFHBiPM. Nigdy nie myślałem o tym, że zostanę pierwszym prezydentem Polskiej Federacji.

Jakie okoliczności sprawiły, że Pan nim został?
O ile pamiętam, zaiskrzyło pomiędzy Wielkopolską i Kujawsko-Pomorskiem. Nie potrafili się porozumieć co do własnych przedstawicieli, a hodowcy z Kujaw nie chcieli pozwolić na to, żeby Wielkopolska miała prezydenta. Ponieważ Podlasie było silne, porozumiało się z Wielkopolską i na tajnym głosowaniu wybrano mnie na prezydenta Polskiej Federacji. Muszę tu mocno podkreślić, że wybory były tajne, tak samo jak ostatnie.

Jak wyglądały pierwsze lata pracy na rzecz hodowli i hodowców?
Nie mieliśmy biura, pierwszych kilka lat to była mordęga. Zaczynaliśmy od zera. Tworzyliśmy pierwsze wystawy bez Funduszu Promocji Mleka. Zabiegaliśmy o każdą złotówkę na ich realizację, dokładaliśmy własne pieniądze. Przez te lata, wspomniane pięć lat, działaliśmy obok Centralnej Stacji Hodowli Zwierząt. Przecież pierwszymi dyrektorami biura Federacji były osoby z tej instytucji. Cały czas wtedy byliśmy pod państwowym pręgierzem. Dopiero po tych pięciu latach zaczęliśmy działać samodzielnie i odpowiadać za hodowlę.

Pamięta Pan pierwsze samodzielnie decyzje?
Stworzyliśmy pierwszy program hodowlany, a potem zaczęliśmy robić udoje. Przypomnę, że Centralna Stacja, która nie chciała niczego oddać do realizacji hodowcom, działała wspólnie ze spółkami inseminacyjnymi, które należały do Skarbu Państwa. Starsi hodowcy, którzy byli wtedy w zarządzie Federacji, dobrze zdają sobie sprawę z tego, z czym mieliśmy do czynienia, a młodsi mogą ich o to zapytać. Trudno było grać w drużynie – użyję porównania sportowego – w której było mniej zawodników niż w drużynie przeciwnej. Od nas nie brano wtedy byków, bo my byliśmy z Federacji. Nie wyznaczano samic na matki przyszłych buhajów hodowlanych. Przecież nam mówiono wtedy, że na Podlasiu nie potrzebujemy bydła rasy holsztyńsko-fryzyjskiej, kazano nam utrzymywać małe krowy NCB. To nie było dawno, a działo się naprawdę. Tamtą sytuację mogę porównać do dzisiejszych wypowiedzi niektórych osób, które mówią nam, żebyśmy pozwolili sobie z genomiką spokój. Przed laty hodowcy nie dali sterować hodowlą zza biurka i nie pozwolą na to dziś.

Państwa upór i dążenie to wyznaczonych celów, no i siła hodowców, przyniosły w końcu efekty. Federacja zaczęła robić ocenę użytkowości, która jest kluczem do określania wartości hodowlanych bydła mlecznego. Ocena jest jak Ojcze Nasz w pacierzu, od niej wszystko się zaczyna.
Hodowcy są dziś świadomi i wiedzą, czego chcą, tym bardziej, że chodzi o ich zyski z produkcji mleka. Bez oceny Polska nie byłaby znaczącym producentem mleka w Europie. Wiedział to minister Jerzy Pilarczyk, który przekazywał nam ocenę. Pamiętam, jak powiedział do ówczesnego dyrektora w Centralnej Stacji Hodowli Zwierząt: „przyjedziesz do mnie po niedzieli i przekażemy robienie oceny wartości użytkowej bydła Polskiej Federacji”. Dyrektor na to: „to jest niemożliwe”. Minister Pilarczyk skwitował krótko: „czy to jest niemożliwe, to się przekonamy”. W tamtych czasach to był jedyny minister, który rozumiał hodowców. Pamiętam, jak na wystawie bydła w Szepietowie przekonywaliśmy go, i w końcu przekonaliśmy. Chwała mu za to, co zrobił dla polskich hodowców bydła mlecznego i producentów mleka.
Z dzisiejszej perspektywy wiemy, że to była słuszna decyzja.
Nie oszukujmy się – oczywiście, że tak. Przez lata osiągnęliśmy na tym polu ogromny sukces. Nasza usługa jest na światowym poziomie, a ostatnie udoskonalenia raportów wynikowych i wprowadzenie do nich najnowszych rozwiązań, pomocnych w zarządzaniu stadami bydła, plasuje nas w ścisłej światowej czołówce. Hodowcy zarządzają swoimi sprawami lepiej, niż robiłby to Skarb Państwa. Spółki inseminacyjne sprzedano – co byłoby z oceną wartości użytkowej bydła mlecznego, gdyby nie hodowcy? Pewnie robiłyby ją prywatne albo zagraniczne podmioty, bo sprzedano by ją, jak spółki inseminacyjne, mimo sprzeciwu Polskiej Federacji.

Nie przypominam sobie, żeby poza Federacją ktoś głośno protestował, gdy sprzedawano inseminację.
Obecny minister nie protestował. My chcieliśmy kupić spółki, wziąć kredyt na 15 lat, zadłużyć się i je przejąć. Naszą organizacją dobrze gospodarujemy, spółki też wyprowadzilibyśmy na prostą. Ale cóż, do głosu doszli ci, i nie sprzeciwiali się temu również ci, którzy nigdy żadnej firmy nie prowadzili i potrafią jedynie bajki opowiadać. Przecież ludzie z polityki zawsze gdzieś są: jak nie w rządzie, to zasiadają w sejmowej komisji albo są doradcami prezydenta Polski. Zawsze mają dużo do powiedzenia, a w tym wypadku była jakaś zmowa milczenia. Nie chcę tego tematu rozwijać, może jeszcze kiedyś będzie okazja o tym porozmawiać. W każdym razie ci, którzy je kupili, swoją kasę już odzyskali. Teraz słyszę, że jedną z nich oferują z powrotem Skarbowi Państwa. Zagraniczni hodowcy chcą na tym ubić niezły interes.

Przez ćwierć wieku Federacja wypracowała duży majątek. Mam na myśli nie tylko majątek trwały, ale także ludzki. Ma świetnych fachowców. To zostanie dla przyszłych pokoleń.
Bardzo wiele osób dziś to kole w oczy. Nie potrafią tego docenić. Zaprogramowali się na niszczenie. Doceniajmy to, co zbudowaliśmy ciężką pracą. Przez lata osoby, które brały na siebie odpowiedzialność za zarządzanie, zrobiły kawał dobrej roboty. Myślę, że niektórzy hodowcy, będący obecnie w zarządzie, nie chcą pracować na rzecz hodowli i jej rozwijać. Niektórzy zachorowali na władzę, i ta choroba jest trochę uciążliwa dla działań Federacji. Nie oszukujmy się, tak to jest. Hodowcy na dole, którzy wybierają swoich przedstawicieli, muszą zrozumieć, że Federacja nie pracuje dla siebie, tylko dla wszystkich, a to, co zostało wypracowane, nie zostanie przejedzone, zostanie dla kolejnych pokoleń.
Federacja jest na wskroś demokratyczną instytucją. Niestety, nie wszyscy mogą być w Zarządzie czy Prezydium, choć być może tego by chcieli.
Polska Federacja nie jest powiązana politycznie. To jest jej kapitał, ogromny kapitał, który udało się nam również wypracować przez te lata. Być może to też przeszkadza niektórym osobom, także ministrowi, ale my nie będziemy się angażowali tylko w jednym kierunku politycznym. Powiedzmy sobie szczerze, my nie po to tworzyliśmy Federację, żeby być jakąś opcją polityczną. My jesteśmy opcją hodowlaną, która ma na myśli cały czas dobro hodowli bydła mlecznego.

Na co obecnie hodowcy bydła mlecznego powinni w swojej pracy szczególnie zwracać uwagę? Co w hodowli będzie miało kluczowe znaczenie?
Ceny mleka nie rosną, dlatego my musimy dużą wagę przykładać do wartości hodowlanych naszych zwierząt i poprzez ich podnoszenie ograniczać koszty produkcji. Mleko skupowe w Polsce w 70% pochodzi ze stad spod oceny, o czym zapomnieli członkowie rad nadzorczych spółdzielni mleczarskich. Muszą się zmienić relacje między hodowcami bydła mlecznego i producentami mleka a przetwórcami.

Dziękuję za rozmowę 