Ochrona zwierząt to także biznes

To, że zwierzęta powinno się chronić, zapewniać im godne warunki życia i otaczać opieką, jest faktem niezaprzeczalnym. Tak jak walka z sadyzmem i patologiami wobec naszych „braci mniejszych” – jak nazywał te istoty święty Franciszek z Asyżu. Jednak organizacje prozwierzęce nie zawsze kierują się szlachetnymi pobudkami. Na ochronie zwierząt można zarobić. I to niemało…

tekst: Mateusz Uciński, zdjęcia: Materiały prasowe

Zanim zagłębię się w tematykę ochrony zwierząt i zagadnień finansowych z nią związanych, muszę pewną kwestię postawić jasno. Kocham zwierzęta, towarzyszą mi w życiu codziennym od wczesnego dzieciństwa i zdecydowanie traktuję je jak rozumne i czujące istoty. Popieram sprawiedliwe kary dla tych, którzy znęcają się nad pozostawionymi ich opiece stworzeniami i nie zgadzam się z pewnymi formami produkcji zwierzęcej. Jednocześnie przez prawie 20 lat pracy związanej z hodowlą bydła, której towarzyszyły niezliczone wizyty w gospodarstwach, nigdy nie spotkałem się z przejawami okrucieństwa czy sadyzmu wobec utrzymywanych zwierząt. Wręcz przeciwnie! Obserwowałem ogromny postęp w poprawie dobrostanu w polskich hodowlach i silną, emocjonalną więź między rolnikami a ich „łaciatymi” podopiecznymi. Widziałem ich łzy szczęścia, gdy odnosili sukcesy hodowlane, i łzy bólu po stracie. Możliwe, że po prostu nie trafiłem na źle prowadzone gospodarstwo. Jednocześnie, kiedy obserwuję działania organizacji prozwierzęcych, zaczynam zauważać wiele niepokojących zmian. Po pierwsze, ogromny poziom niedoinformowania, a wręcz rażącej niewiedzy w kwestiach dotyczących hodowli i behawioryzmu wielu gatunków zwierząt. Po drugie, uczynienie z chwalebnej działalności źródła zarobkowania, o nieco niejasnym charakterze. Bo przecież skoro można zarobić na hodowli zwierząt, można też zarobić na ich ochronie…
Ratować, ale jak i za ile?
Jak już wspomniałem wcześniej, trzeba zwracać uwagę na przypadki znęcania się nad zwierzętami i reagować. Jednak należy także pamiętać o obowiązujących zasadach zarówno prawnych, jak i tych zwyczajnie ludzkich. Mimo to coraz częściej słyszymy, że akcjom ratunkowym towarzyszą wcale nie mniejsze patologie. Zacznijmy od mniejszego kalibru, czyli czworonogów, wszak w każdym gospodarstwie znajduje się niejeden pies czy kot.

O jednym z takich przypadków poinformowało na swojej stronie Ogólnopolskie Stowarzyszenie Psa Rasowego „Kennel Club” z Ciężkowa, do którego zwrócił się jeden z hodowców. Podczas interwencji, dokonanej w brutalny sposób przez przedstawicieli jednej z „prozwierzęcych” fundacji, odebrano mu czternaście psów rasowych, motywując to złymi warunkami środowiskowymi. Jak się okazało po kontroli powiatowego lekarza weterynarii, warunki były prawidłowe. Mimo to właściciel hodowli otrzymał po kilku dniach pismo informujące o zarekwirowaniu, a także żądanie podania wszystkich informacji hodowlanych dotyczących pochodzenia i utrzymania odebranych psów. Po co? To się za chwilę okaże. Hodowca, wspierany przez „Kennel Club” i z pozytywną opinią prokuratury, wytoczył sprawę fundacji i ją wygrał. Jednak po psach nie ma już śladu. Wspominane wcześniej dokumenty pozyskane od hodowcy przez „prozwierzęcą” fundację miały charakter metryk, zwierzęta zostały sprzedane, a raczej odpłatnie adoptowane. Straty hodowcy, które fundacja ma mu zwrócić, wyniosły 48 tys. zł. Oddała tylko 15 tys., po ingerencji komornika, czyli 33 tys. zostają w jej kieszeni.

Wracając na hodowlane podwórko. W 2016 r. rolnikowi spod Szczytna odebrano 22 krowy. Uczyniła to organizacja broniąca praw zwierząt. Bydło stało uwiązane w brudnej oborze. Na posadzce leżał obornik i stratowane cielęta. Udało się przerwać tę gehennę dzięki interwencji powiatowych inspektorów weterynarii. Jednak kiedy inspektorki PIW w Szczytnie po kilku miesiącach od przekazania zwierząt pracownikom „Pogotowia dla zwierząt” w Trzciance postanowiły skontrolować, co się dzieje z uratowanymi krowami i sprawdziły numery kolczyków, przeżyły szok. System rejestracyjny wskazał, że 17 krów zostało zabitych już trzeciego dnia od czasu przeprowadzenia „akcji ratunkowej”, a trzy kolejne przerobiono na hamburgery w ciągu tygodnia. Czy trzeba komuś tłumaczyć, że do rzeźni nie zostały one oddane bynajmniej za darmo?
– Jaki to ma sens? Trzy instytucje są angażowane przez cztery lata, aby uzyskać sądowy nakaz odebrania zwierząt i skazanie rolnika za znęcanie się nad zwierzętami. Krowy są odbierane i trafiają do pogotowia dla zwierząt. Już dwa dni później zostają zabite w rzeźni – powiedział Wirtualnej Polsce dr Jerzy Ryszard Piekarz, powiatowy inspektor weterynarii w Szczytnie. Jego inspektorzy wskazują, że smutny finał podobnych akcji powtarza się regularnie. Nowy opiekun, który od „obrońców praw zwierząt” dostaje inwentarz za darmo, ani myśli tworzyć szczęśliwą zagrodę. Trochę podkarmi, poprawi kondycję i najbliższym transportem wysyła do rzeźni, za co inkasuje pieniądze.

Na początku ubiegłej dekady głośno było o przejęciu największego w Polsce, zarazem jednego z największych w Europie, prywatnych schronisk dla zwierząt w Korabiewicach, a jego właścicielkę oskarżono o znęcanie się nad zwierzętami. Placówkę przejęła fundacja Międzynarodowy Ruch na Rzecz Zwierząt Viva!. Był na to najwyższy czas, gdyż dotychczasowa zarządzająca, Magdalena Szwarc, przestała już panować nad sytuacją i jej podopieczni faktycznie byli mocno zaniedbani. Jednak pani Szwarc, notabene odznaczona za swoją dobroć dla zwierząt przez prezydenta RP Krzyżem Kawalerskim, wielokrotnie zwracała uwagę, że wielu czworonożnych pensjonariuszy schroniska w bardzo szybkim czasie zostało sprzedanych, zwłaszcza koni. Fundacja tłumaczyła to potrzebą pozyskania środków na remont ośrodka.

W tym miejscu należy też wspomnieć o problemie schronisk, generujących poważne koszty. Jak informuje Dziennik.pl
– wskutek rosnącej liczby zwierząt chodzących samopas rośnie zapotrzebowanie na umieszczanie ich w schroniskach. Ale tych jest w Polsce ok. 140. Ponieważ zazwyczaj brakuje miejsc, schroniska windują ceny za przyjęcie psa. Obecnie jednorazowa stawka wynosi od 1,5 tys. do nawet 7 tys. zł za jedno zwierzę. Szacuje się, że tylko 40 proc. gmin posiada umowy o współpracy z przytuliskami. Dlatego część schronisk wprowadza opłaty dobowe za pobyt zwierzaka, np. w wysokości 25 zł. Osobną kwestią jest wyłapywanie bezdomnych psów prowadzone przez profesjonalne firmy. Przykładowo w 2013 r. jedna z nich podpisała z gminą Nadarzyn roczną umowę ryczałtową opiewającą na sumę 295 200 zł, za którą wyłapała 17 psów. Roczna umowa ryczałtowa z gminą Pruszków opiewała na sumę 240 tys. zł. Gmina Michałowice była skłonna płacić jednemu z hycli 2214 zł brutto za jedno wyłapane zwierzę. Z kolei w gminie i mieście Koziegłowy koszt wyłapania 15 sztuk bezpańskich psów w 2011 r. wyniósł 27 675 zł. W tym samym roku gmina Bobrowniki za wyłapanie i umieszczenie w schronisku 27 zwierząt zapłaciła firmie usługowej ponad 42 tys. zł. Przedstawione dane są sprzed kilku lat, obecnie stawki zapewne są wyższe.

Wojująca Viva!
Fundacja Międzynarodowy Ruch na rzecz Zwierząt Viva! zasłynęła w naszym kraju wieloma kontrowersyjnymi kampaniami społecznymi, takimi jak „Białe Kłamstwa”, pokazującymi przejaskrawiony i negatywny obraz produkcji mlecznej, czy odnoszącą się do kwestii uboju zwierząt w gospodarstwach akcję autobusową „Dokąd jedziesz, bo ja do rzeźni”. Na fundację Viva! powołała się również europosłanka Sylwia Spurek, publikując na Twitterze obraz krów w obozowych pasiakach, autorstwa Jo Fredriksa, co wzbudziło falę oburzenia, również ze strony Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Viva! nie kryje się, że jest organizacją silnie związaną z ruchem wegańskim i wypowiedziała wojnę wszelkim formom produkcji zwierzęcej. Ma prawo, jednak narzędzia, którymi się posługuje, nie zawsze z tym prawem licują. Posługiwanie się stereotypami i niewiedzą konsumentów, a także unikanie merytorycznej dyskusji z organizacjami hodowlanymi to znaki rozpoznawcze tego stowarzyszenia. Nie mówiąc już o oczernianiu, którego doświadczyła chociażby krytyczka kulinarna Magda Gessler. Została ona oskarżona o promowanie foie gras produkowanego z przymusowego tuczu gęsi, od czego prowadząca Kuchenne Rewolucje stanowczo się odcięła, publikując emocjonalne oświadczenie na swoim profilu na platformie Facebook.
– Żałuję, że Fundacja Viva nigdy nie próbowała się ze mną skontaktować, żeby poznać prawdziwe fakty i moje stanowisko na temat foie gras – informowała pani Gessler. – Tym samym akcja Fundacji Viva stała się akcją przeciwko mnie, a nie w obronie gęsi.

W szumie medialnym wokół tej fundacji utonęła informacja, że jej prezes Cezary Wyszyński zanim stał się wojującym aktywistą, zasiadał w zarządzie firmy Chemiskór S.A. zajmującej się garbowaniem skór – jak najbardziej naturalnych. Potem Chemiskór zmienił nazwę na 4Media, a działalność tej spółki skończyła się skandalem. Została usunięta z giełdy i znalazła się na celowniku prokuratury. Ostatecznie dwaj współpracujący z Wyszyńskim menedżerowie, Dariusz K. (zatrzymany przez CBA i aresztowany) oraz Wojciech K., dostali wyroki w zawieszeniu. Sam Wyszyński pozostał z długami wobec kontrahentów sięgającymi rzędu kilkuset tysięcy złotych. W 2018 r. ogłosił upadłość konsumencką, a niemożność spłaty długu kuriozalnie tłumaczył w sądzie tym, że nie znalazł pracy zgodnej ze swoim światopoglądem. Trzeba zaznaczyć, że w składzie zarządu fundacji Viva! zasiadają dwie osoby. Łączne miesięczne zarobki członków zarządu opiewają – jak ustalił sąd – na 10 000 zł. Z tym że – jak przyznał Cezary Wyszyński – jego pensja, jako prezesa całej organizacji, wynosi zaledwie 1500 zł, i jest to jego jedyne źródło utrzymania. Skąd aż taka dysproporcja? Podczas rozprawy Wyszyński z rozbrajającą szczerością przyznał, że w ramach fundacji wykonuje taki zakres prac, żeby uzyskiwać 1/3 wynagrodzenia wiceprezesa. Dziwne, zwłaszcza że Viva! wykazuje wielomilionowe wpływy na swoje konta (3,5 mln zł netto w 2015 r., 4,3 mln zł netto w 2016 i ponad 10 mln zł netto za 2017), a mimo to cały czas informuje, że nie może spłacić swoich zobowiązań wobec np. weterynarzy.
To może tłumaczyć pewne działania fundacji i jej chęć zarobku. W środowisku miłośników psów otwarcie się mówi, że dąży ona do monopolizacji rynku adopcji zwierząt w Polsce. W celu znalezienia odpowiedniego psa zbudowana została specjalna wyszukiwarka Wamiz. Ale znajdą się w niej tylko te schroniska i organizacje, które „stosują dobre praktyki adopcyjne, zapewniające bezpieczeństwo i zwierząt, i ludzi”. Problem w tym, że o tym, kto spełnia takie normy, będzie decydować właśnie fundacja Viva!
– Viva! będzie weryfikować, decydować, kto z lepszego sortu, kto nie, które zwierzę znajdzie dom, a które zdechnie pod płotem – napisała internautka Iwona, cytowana przez portal Świat Rolnika. – A potem będą certyfikaty, bez których nie będziesz miał prawa mieć zwierzaka w domu. Bez Vivy! nie zrobisz nic!

Dość osobliwe działania można także zaobserwować wobec właścicieli psów, którym fundacja odebrała zwierzęta i umieściła we wspomnianym wcześniej schronisku w Korabiewicach. Portal WSensie.pl opisuje przypadek pani Jolanty. Odebrano jej dwa psy i nie chciano zwrócić pomimo pozytywnej opinii prokuratury, która dwukrotnie umarzała postępowanie przeciwko posądzonej o znęcanie się nad zwierzętami kobiecie. Mimo prokuratorskiej zgody na odwiedzanie zwierząt przez panią Jolę prezes fundacji Cezary Wyszyński bezwzględnie uniemożliwiał jej wizyty. Po pewnym czasie zaprosił ją jednak na rozmowę i poinformował, że odda zwierzęta, jeżeli ich właścicielka wpłaci 30 tys. złotych. Na tyle wycenił tygodniowy pobyt dwóch psów w schronisku. Pomijając już bardzo wygórowaną kwotę za opiekę (powyżej podaliśmy przybliżone obowiązujące stawki), nie bardzo zrozumiałe jest postępowanie pana prezesa, który w tym momencie lekceważy postanowienia prawa i żąda okupu za przetrzymywane zwierzęta. Zaznaczyć trzeba, że w tamtym momencie pani Jolanta nie posiadała jeszcze prawomocnego wyroku nakazującego jej zwrot zwierząt, i bezwzględnie powinny pozostać w schronisku!

Powstrzymam się od komentarza – pozostawię go naszym czytelnikom. Osobiście mam nadzieję na mądre i ludzkie prawo dotyczące naszych zwierzęcych przyjaciół i towarzyszy. Takie, w którym surowo będzie karane bestialstwo, ale ocena tego bestialstwa będzie fachowa i obiektywna, podyktowana wiedzą, logiką i sercem. 

Zabiedzone krowy, odebrane hodowcy przez Powiatowy Inspektorat Weterynaryjny i przekazane pracownikom Pogotowia dla zwierząt w Trzciance, już kilka dni później trafiły do rzeźni