Wiktor Szmulewicz z reelekcją w KRIR

Dużym zaufaniem polskiego samorządu rolniczego cieszy się Wiktor Szmulewicz, który ponownie został wybrany na prezesa Krajowej Rady Izb Rolniczych. O tym, co ten wybór oznacza, o sukcesach minionej kadencji i planach na przyszłość zdecydował się opowiedzieć czytelnikom „Hodowli i Chowu Bydła”.

rozmowa i zdjęcie: Michał Krukowski

Cała Europa żyje wyborem Janusza Wojciechowskiego na Komisarza ds. Rolnictwa Unii Europejskiej. Jak Pan postrzega ten wybór?
Uważam, że to dla polskich rolników dobrze. Komisarz z Polski zna bardzo dobrze nasze problemy. Wywodzi się z Prawa i Sprawiedliwości, czyli partii, która mówi o wyrównaniu dopłat. Musi wraz z innymi ministrami rolnictwa w Unii wypracowywać mechanizmy, by tak się stało. To jest największa szansa na sukces polskich rolników. Janusz Wojciechowski możliwości ma dziś bardzo duże, i życzę Mu powodzenia.

Samorząd rolniczy po raz kolejny obdarzył Pana zaufaniem. Jakie to uczucie być starym-nowym prezesem KRIR?
Czuję satysfakcję. W izbach weryfikację przechodzi się od samego dołu, od poziomu gminy. W mojej było tak, że do wyborów poszło około 200 osób, a ja otrzymałem 90% głosów z nich w swoim mateczniku. Akceptacja w mojej gminie utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie jestem znikąd, że to poparcie pośród rolników jest duże. Oni docenili mój wkład pracy, choć jest też, jak zawsze, kilka głosów krytycznych.
Dlaczego?
Niektórzy twierdzą, że powinniśmy protestować, że KRIR musi być bardziej agresywny. Ja uważam, że ta rola należy do związków zawodowych. My jesteśmy odpowiedzialnym samorządem rolniczym i musimy rozmawiać z każdym, kto w danej chwili rządzi. Wiele spraw wymaga dialogu, i w jego ramach rozwiązujmy sprawy. Nasze umocowanie obecnie jest takie, a nie inne. Tu jest pole na rozmowę o kompetencjach dla izb rolniczych, o ich nadaniu. Czuję, że jest na to zapotrzebowanie rolników. Będziemy chcieli siadać do stołu i rozmawiać o tym, by rola KRIR była o wiele większa.

Nabycie kompetencji wymaga też wzięcia współodpowiedzialności za rynek rolny. Jak widzi Pan to w praktyce?
Mamy w społeczeństwie coraz mniej rolników. Wiele lat temu było ich 20%, teraz jest ich około 5%. Statystycznie na wsiach jesteśmy mniejszością. Rolnikowi coraz trudniej jest wygrać na wielu polach, chociażby w samorządach. Coraz trudniej jest zostać nawet sołtysem, bo większość mieszkańców to nierolnicy, i chcą mieć sołtysa spoza rolnictwa. Rolnicy dziś nie są reprezentowani w żadnych gremiach. Tych reprezentantów ważnej gałęzi rolnictwa jest mało. We Francji izba rolnicza pełni rolę sejmu chłopskiego. Jego propozycje są respektowane pomimo tego, że często ma mniejszość. Docenia się jego rolę dla społeczeństwa, bo on dba o ziemię i zapewnia żywność. Kompetencje trzeba nabyć, by współdecydować o planach zagospodarowania przestrzennego, o obrocie ziemią czy o inwestycjach na wsi. Tu nie można tylko wydawać opinii, to musi być z izbą uzgodnione, i wtedy dwie strony mają łatwiej. Powinno być tak, jak w wielu cywilizowanych krajach, że to izby, a nie urzędnik ze stolicy, decydują, komu ziemia ma być przyznana, a komu nie. Należy zauważyć, że ubywa nam dobrej ziemi rolnej, często wykorzystywanej pod inwestycje w gminach czy miastach, a takie ziemie powinno się chronić. Rolnicy chcą od nas też partycypacji w doradztwie rolniczym. Dziś jest ono albo rządowe, albo prywatne. Prywatne porusza się tylko w sferach, gdzie da się zarobić. Państwowe z kolei realizuje politykę państwa i Unii Europejskiej. Brakuje doradztwa skierowanego na rolnika – jak mu pomóc, by maksymalizował dochody. Trzeba tu podejścia indywidualnego, nie można tego robić na szkoleniach dla stu osób. Na Zachodzie jest tak, że kto zna się na mleku, ten doradza (na 10–15 gospodarstwach mlecznych) rolnikowi, jak zorganizować się w zakresie zakupu chemii, maszyn czy chociażby kalendarza pracy. Dziś rolnicy oczekują od doradcy konkretnych informacji.

Czy istnieje możliwość odwrócenia tendencji wypychania rolnika ze wsi?
Raczej nie, ale mamy tę siłę w demokratycznych izbach rolniczych. One muszą walczyć o takie prawo, aby bez ich zgody i wiedzy na obszarach wiejskich nie mogło wydarzyć się nic nowego, co zaskakuje rolnika.
Które sukcesy KRIR-u poprzedniej kadencji przypisze Pan swoim działaniom?
Udało się nam mieć istotny udział w obrocie ziemią. Izba była uwzględniana jako głos w rozporządzeniach czy ustawach. Wprowadzono naszych członków do szacowania strat łowieckich. Zwiększył się udział rolników w różnych komisjach. Był problem z komornikami, bo wchodzili gdzie chcieli, robili co chcieli i zajmowali się czym chcieli. Udało się wprowadzić zapisy w prawie mówiące o tym, że komornik może wejść do gospodarstwa dopiero po uzyskaniu stosownej opinii izby, jakie ewentualne zajęcia komornicze może zrealizować. Nie ma już dzikich zajęć komorniczych – to ogromne zabezpieczenie dla rolników. Dzięki naszej dużej aktywności w Copa-Cogeca udaje się wspólnie zajmować stanowiska wobec różnych spraw na szczeblu Unii Europejskiej. Współpraca w gremium europejskim to nasza zasługa, bo to my uporządkowaliśmy ten świat. Dużo się pracowało przy ASF. Prostowaliśmy przepisy na korzyść rolników, by nie było tak, że drobne usterki w bioasekuracji powodują, że rolnik nie otrzymuje ani złotówki. Wprowadziliśmy nagrodę, która de facto jest rekompensatą za utracone korzyści. To były i są nasze pomysły. Walczyliśmy o wydłużanie okresów przedkładania dokumentów. Kiedyś wybijano wszystkie stada w promieniu 3 km od ogniska ASF. Teraz tak nie jest. Razem z obecnym europosłem Krzysztofem Jurgielem, wówczas ministrem rolnictwa i rozwoju wsi, potrafiliśmy te sprawy załatwić.

Z kim walczy KRIR, z ASF czy z kołami łowieckimi, by się wzięły za działanie?
Walczymy z ASF dla gospodarki, bo mamy deficyt na rynku trzody chlewnej. Obecnie zapewniamy wieprzowinę jedynie na potrzeby około 60% rynku, reszta mięsa musi tu dojechać z zagranicy. Nie chcemy, by doprowadziło to do wyłączenia małych gospodarstw z produkcji wieprzowiny. Należy pamiętać, że wirusa nie roznoszą świnie, tylko dziki. Trzeba ograniczyć ASF w środowisku, czyli ograniczyć liczbę dzików. Różne hasła były rzucane w przestrzeń publiczną ze strony myśliwych, ale duża ilość strat pokazuje, jak jest. Uważam, że trzeba zmienić prawo łowieckie.

Co pokazały te wybory do KRIR? Co jest kluczem do sukcesu w samorządzie rolniczym? Apolityczność?
Z pewnością tak. Widać, że zapowiadany szturm polityków do samorządu rolniczego był, ale nie mieli oni poparcia we własnych gminach. Działacze polityczni często mieli problem, by zebrać w swojej gminie 50 podpisów na liście poparcia. Ludzie patrzą, co człowiek sobą reprezentuje, jaką ma wiedzę w zakresie rolnictwa. Widać, że głosują rolnicy z krwi i kości, wybierają swoich ludzi, a nie działaczy politycznych. Należy pamiętać, że rolnicy są świadomi, że wdrażanie się nowych ludzi często kosztuje cenny czas. Wolą zagłosować na osobę zaufaną, która pewne rzeczy robi z marszu.

Jakie są plany KRIR na przyszłość?
Zwiększenie kompetencji izb rolniczych. Zmiana systemu szacowania strat w rolnictwie. Tworzenie funduszów ryzyka, by producenci rolni mogli na nie wpłacać i z nich korzystać w sytuacji podwinięcia nogi czy potknięcia. Trzeba się zastanowić nad systemem ubezpieczeń, bo obecny, w moim odczuciu, nie do końca się sprawdza. System musi być bardziej urozmaicony o nasze produkty, np. ubezpieczenie przychodu, bo wiele osób prowadzi rachunkowość indywidualnie czy też są vatowcami, więc jakieś zalążki ku temu są. Pochylimy się nad problemem oddłużenia polskiego rolnictwa. Należy umożliwić restrukturyzację kredytów w nagłych przypadkach. Jeżeli zdarzają się jakieś sytuacje nie z winy gospodarstwa, jak na przykład wystąpienie w stadzie wspomnianego ASF, to państwo polskie musi zareagować, wesprzeć rolnika. Podobnie w przypadku klęsk żywiołowych. Chodzi między innymi o zawieszanie spłaty rat, odkładanie na pewien okres odsetek czy też częściowe umorzenie kredytu w sytuacjach krytycznych.

Czy KRIR ma jakieś propozycje dla młodych?
Młodzi patrzą inaczej na życie na wsi, bo mają przyjaciół w miastach czy też niezwiązanych z rolnictwem. Są bystrymi obserwatorami. Mają sentyment do ziemi, bo żeby być młodym rolnikiem, trzeba to w sobie mieć. Ale muszą przystosować się do tego stylu życia, do wschodów słońca czy do pór roku. Młodzi muszą mieć jednak z tego korzyść finansową i szacunek przedstawicieli innych zawodów do ich pracy. Czy traktowani jako ci, którzy mają negatywny wpływ na klimat, znęcają się nad zwierzętami i są oszustami, będą chcieli to robić? Taka jest obecnie narracja ekologów w Polsce. Takiego hejtu nie było dawno. Musimy zadbać o to, by młodzi chcieli zostawać na wsi, by podobnie jak na Zachodzie, bycie młodym rolnikiem było zaszczytem. Pokazujmy młodym ludziom, że na wsi można fajnie żyć, być człowiekiem niezależnym i dobrze na tym zarabiać.

Jakie widzi Pan możliwości zacieśniania relacji między KRIR i PFHBiPM?
Jako KRIR musimy współpracować z branżami. Bo my mówimy o wszystkim, ale wiedzę czerpiemy od związków branżowych, od tych, które związane są z konkretnymi sektorami na co dzień. Musimy wtedy godzić różne interesy. Przyszłością jest zacieśnianie relacji z silnymi związkami branżowymi. PFHBiPM pełni ważną rolę, którą powierzono jej kilkanaście lat temu – prowadzenie ksiąg hodowlanych. Też byłem zwolennikiem tego rozwiązania, które pozwala hodowli funkcjonować. Po kilku latach widać sukces. Jest coraz więcej producentów mleka pod oceną użytkowości mlecznej i hodowlanej. PFHBiPM robi to na najwyższym poziomie europejskim. Są też możliwości kojarzenia buhajów do inseminacji, sprawdzanie stada, cielności i tym podobne, ważne dla hodowcy, ułatwienia. Widzę wiele naprawdę fajnych możliwości na współpracę. Wszystko trzeba doskonalić, ale to bardzo dobrze, że rolnicy i hodowcy mają organizację, która działa na ich korzyść. Trzeba ją koniecznie dalej rozwijać i wspierać.

Jakie działania KRIR są ukierunkowane stricte na hodowców i producentów mleka?
Branża jest jedną z trudniejszych. Ale święci ona w ciągu ostatnich lat wiele sukcesów. Kiedyś mlekiem było to, co jest białe. Dziś jest produkowane mleko o najwyższych parametrach światowych. Mamy dodatnie saldo w eksporcie artykułów mleczarskich, więc ten rynek jest dla KRIR ważny, bo odnosi sukces. Niektórzy powinni podpatrywać hodowców i odpowiadać sobie na pytanie: co powinienem robić, aby w swojej branży coś unowocześnić, na wzór sektora mleka? Hodowla ma ten atut, w odróżnieniu od produkcji trzody chlewnej, że opiera się na polskim nasieniu, własnym materiale hodowlanym. Trzeba to utrzymać i pielęgnować.

Co KRIR myśli o obecnej cenie mleka?
Nie jest to cena satysfakcjonująca. Mamy piętnastoletnią inflację, a cena mleka jest taka, jaką ja miałem u siebie w gospodarstwie piętnaście lat temu. Wszystkie koszty dokoła wzrosły. Wówczas regulowaliśmy słabe ceny za litr mleka podwajaniem wydajności od krowy. Dziś już mam wrażenie, że dochodzimy w tym względzie do ściany. Ruchy w kierunku zwiększenia wydajności są ograniczone. Budynki mamy, jakie mamy. Możliwości rozbudowywania są ograniczone. Przy tej niskiej cenie mleka jest coraz trudniej. Sama produkcja mleka to przecież jedna z najtrudniejszych gałęzi rolnictwa. Należy to docenić wysokością wynagrodzenia za mleko.

Jakie cechy ma Pana wymarzony samorząd rolniczy?
Musi być skuteczny, wiarygodny i szanowany. Musi mieć więcej środków finansowych i rozbudowane powiązania ze światem eksperckim i naukowym, który działałby na rzecz KRIR.

Dziękuję za rozmowę.