Gruźlica bydlęca bać się czy nie?

Czy hodowcy mają bać się gruźlicy bydlęcej, czy też nie? Media donosiły o wystąpieniu tej choroby w dwóch stadach w południowej Wielkopolsce. – Nie dzieje się nic nadzwyczajnego w tej kwestii – oznajmia dr Marek Lipiec z Państwowego Instytutu Weterynaryjnego w Puławach. – Choroba jest pod kontrolą, jesteśmy krajem wolnym od niej – dodaje.

Rozmawiał: Radosław Iwański; zdjęcia: Radosław Iwański, PIWet

Radosław Iwański: Pojawiło się ostatnio kilka przypadków, bodajże dwa, gruźlicy bydlęcej, a przecież Polska jest krajem wolnym od tej choroby.
Dr Marek Lipiec: Jesteśmy krajem uznanym jako wolny od tej choroby od 2009 r., według przepisów międzynarodowych, co nie oznacza, że gruźlicy u nas nie ma. To nie są przypadki, o których mówimy, że się pojawiły – one cały czas są. Państwowy Instytut Weterynarii w Puławach każdego roku notuje przypadki występowania tej choroby u bydła. Zgodnie ze wspomnianymi przepisami w kraju, który jest wolny od gruźlicy, ta choroba nie musi być całkowicie wyeliminowana – bo to jest trudne – a jedynie sprowadzona do minimalnego poziomu występowania. Nie może dotknąć więcej niż 0,1% wszystkich stad, które znajdują się w danym kraju, w ciągu kolejnych 6 lat. U nas corocznie badanych jest, zgodnie z nowymi przepisami, 25% pogłowia pod kątem gruźlicy bydlęcej. Ponad 1,2 miliona sztuk bydła jest tuberkulizowanych każdego roku. Zajmuje się tym Inspekcja Weterynaryjna.

Jak wobec tego ostatnie informacje o przypadkach występowania gruźlicy u bydła mają traktować hodowcy?
Nie należy uderzać w alarmistyczne tony. Te informacje nie zaskakują, ponieważ co roku mamy przypadki gruźlicy notowane w Polsce, i tak jest od lat. Państwowy Instytut Weterynarii w Puławach jest jedynym laboratorium w naszym kraju, które bada bydło pod kątem występowania tej choroby, po przesłaniu próbek biologicznych bydła, u którego stwierdzono dodatni test tuberkulinowy. Dlatego z całą odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że w związku z gruźlicą bydlęcą nie dzieje się nic nadzwyczajnego. Zwierzę podejrzane o chorobę, na podstawie powyższego badania, które przeprowadził powiatowy lekarz weterynarii, jest zabijane, nie ubijane – co podkreślam – a materiał biologiczny, pobrany od niego w postaci np. węzłów chłonnych, jest przesyłany do nas w celu zbadania. Tylko test tuberkulinowy wykonywany przez lekarzy weterynarii jest jedynym urzędowym testem stosowanym w terenie.

Co się wtedy dzieje ze stadem bydła, w którym jest podejrzenie gruźlicy? Laboratorium w Puławach potwierdza, czy zwierzę było chore? Gdy okazuje się, że tak, co dalej?
Badanie u nas trwa sześć tygodni i nie możemy tego przyspieszyć. Stado, w którym jakieś zwierzę miało dodatni test tuberkulinowy, otrzymuje status stada zawieszonego. Kolejne decyzje wobec stada lekarz weterynarii podejmuje po tym, jak otrzyma wyniki badań od nas. Muszę dodać w tym miejscu, że test tuberkulinowy wykonywany w terenie przez weterynarzy nie jest idealny. Jest to test alergiczny, posiłkujący się odpornością komórkową organizmu i dlatego my musimy potwierdzać w badaniach laboratoryjnych, czy zwierzę chorowało na gruźlicę.

Ile testów tuberkulinowych jest praktycznie przez was potwierdzanych?
Około 40% prób spływających do nas, po wspomnianym teście, to próby fałszywie dodatnie. Stwierdzamy wtedy, że te zwierzęta nie były zarażone prątkiem bydlęcym, ale uczulały je jakieś inne czynniki występujące w ich środowisku. Niestety, niektóre zwierzęta są zabijane niepotrzebnie, bo taka jest cena testu niedoskonałego, ale jednogłośnie uznanego przez naukowców za najlepszy z dostępnych. Jednak z całym przekonaniem muszę powiedzieć, że inaczej nie można, a to, co robi Inspekcja Weterynaryjna, jest trzymaniem ręki na pulsie.

Ile w sumie przypadków gruźlicy bydlęcej odnotował w tym roku Państwowy Instytut Weterynarii? Czy każdy rok jest podobny?
Jeśli chodzi o występowanie gruźlicy w Polsce, to na tle Europy jesteśmy oazą spokoju. Krajami, które nie są wolne od tej choroby, są np. Hiszpania, Portugalia czy Wielka Brytania i Irlandia. Na Wyspach Brytyjskich występowanie gruźlicy jest 100-krotnie większe niż u nas. U nas występują pojedyncze ogniska, np. w 2009 – czyli w roku, od którego jesteśmy uznawani jako kraj wolny od tej choroby – odnotowano je w województwach wielkopolskim, mazowieckim, łódzkim i świętokrzyskim. Dla przykładu, w 2011 r. mieliśmy 16 ognisk choroby. Tam, gdzie pojawi się gruźlica, trudno z nią walczyć. Dlatego są regiony, w których odnotowujemy ciągłe jej występowanie. Do takich należy obszar północny województwa mazowieckiego, na styku z województwami warmińsko-mazurskim i kujawsko-pomorskim. Zagrożone są powiaty żuromiński, płoński i płocki, a ostatnio pułtuski. Ogniska choroby pojawiają się również w powiecie nowotarskim. W minionych latach notowaliśmy rocznie maksymalnie trzydzieści parę ognisk. Ostatnio do regionów zagrożonych dołączyła część południowa województwa wielkopolskiego. W minionym roku mieliśmy kilkanaście przypadków. Ale one wszystkie w żaden sposób nie zagrażają pogłowiu bydła w Polsce, ani też nie mają wpływu na zmianę statusu naszego kraju.

Występowanie rocznie od kilkunastu do kilkudziesięciu przypadków ognisk tej choroby nie może przyprawiać nas o ból głowy?
Oczywiście że nie może. Inspekcja Weterynaryjna i PIWet w Puławach trzymają rękę na pulsie, jak już mówiłem. Różnica w ilościowym występowaniu gruźlicy w poszczególnych latach wynika z typowania gospodarstw do kontroli. Niegdyś badaliśmy jedną trzecią pogłowia, obecnie badamy jedną piątą. To zmniejszenie wynika z oszczędności budżetowych, aczkolwiek ideałem byłoby powrócić do poprzednich norm ilościowych. Obecnie trójca chorób – jak je nazywam – czyli gruźlica, bruceloza i białaczka, są monitorowane na tym samym poziomie u jednej piątej pogłowia co roku. Jeśli występowanie ognisk chorobowych, o których mówiłem wcześniej, przeliczymy na sztuki zwierząt, które są eliminowane, to okazuje się, że od 2009 rocznie z powodu gruźlicy zabijanych jest w Polsce 100–500 zwierząt. Mogę powiedzieć – mimo że mamy dopiero sierpień – że ten rok nie będzie się różnił zdecydowanie od minionych lat.

Walczymy, jak widać, wydatnie z tą chorobą, a mimo to sporadycznie się pojawia. Skąd się bierze?
Prątek gruźlicy jest bardzo odporny na działanie środowiska zewnętrznego. Może przebywać nawet do pięciu lat w tym środowisku, np. w wysuszonym kale, i być zdolny do wywołania infekcji. Eliminacja zwierząt ze stada jest początkiem procesu likwidacji ogniska chorobowego. Oprócz tego, że zwierzęta zostaną zabite, bardzo dużą uwagę należy poświęcić dezynfekcji, a następnie utrzymaniu higieny w stadzie. Po infekcji trzeba przeprowadzić dezynfekcję budynków z użyciem preparatów prątkobójczych, bo tylko te działają. Nie wszyscy zdają sobie sprawę, że środki bakteriobójcze nie wystarczą do eliminacji zagrożenia chorobowego. Byle czym, jako to się mówi, prątków gruźlicy nie zlikwidujemy. Jeżeli zaniechamy dezynfekcji, to za kilka lat, po wybiciu stada, choroba może powrócić.

Czy my przywoziliśmy gruźlicę importując bydło? Przecież kupujemy jałówki na Zachodzie, bo ciągle mamy kłopoty z rozrodem i odchowem młodzieży.
Obecnie, przy pełnej ewidencji bydła, wiadomo, jaką drogę przebyło zwierzę przed przybyciem do gospodarstwa, oczywiście jeśli zostało do niego zakupione, i dlatego nie ma problemów z identyfikacją źródeł zagrożenia chorobą. Z prowadzonych przez nas badań genetycznych szczepów gruźlicy wynika, że nie przywozimy jej z zagranicy – mamy własną gruźlicę. Inne szczepy gruźlicy występują na zachodzie Europy. Do Polski zaimportowaliśmy za to dużo zwierząt z paratuberkulozą, i z nią będziemy mieć więcej problemów w przyszłości, o ile już nie mamy.

Dziękuję za rozmowę na temat gruźlicy, która, w przeciwieństwie do paratuberkulozy, jest zwalczana z urzędu. Dobrze, że przypadków gruźlicy bydła w Polsce jest niewiele, bo wystąpienie jej w stadzie wiąże się z ogromnymi stratami ekonomicznymi, które są nieodwracalne.  