Koniec z leczeniem „na ślepo”. Jak zejść do poziomu 1% zapaleń klinicznych w stadzie?
Dr Sebastian Smulski – lekarz weterynarii, doradca i audytor współpracujący z kilkunastoma fermami bydła mlecznego. Nadzoruje dział „Dużych zwierząt” w weterynaryjnym laboratorium diagnostycznym Vetlab. Od 2016 r. jest wykładowcą na Wydziale Medycyny Weterynaryjnej i Nauk o Zwierzętach Uniwersytetu w Poznaniu. Rozmawialiśmy z doktorem o postępowaniu z mastitis.
Rozmawiała: Mira Wieczorek

- Antybiotyk to nie lekarstwo na zapalenie. Dr Sebastian Smulski bez owijania w bawełnę tłumaczy, dlaczego od 20% do nawet 40% przypadków mastitis nie poddaje się leczeniu antybiotykami i wyjaśnia, dlaczego podawanie kolejnych antybiotyków to strata pieniędzy.
- Cel, który brzmi jak abstrakcja – 1% zapaleń. Czy to w ogóle możliwe w polskich realiach? Ekspert udowadnia, że tak, i wskazuje konkretną strategię małych kroków, która pozwoliła podległym mu stadom osiągnąć ten rewelacyjny wynik.
- Wymiana pokoleniowa napędza zmiany. Dlaczego wdrożenie metody znanej od 20 lat zajęło nam dekadę i jak młodzi hodowcy zmieniają podejście do nowoczesnej diagnostyki, przełamując wieloletni opór przed oborowymi nowościami?
Ile lat zajmuje się Pan zapaleniami wymienia?
Właściwie przez niemal całe swoje zawodowe życie – czyli już ponad 25 lat. Po ukończeniu Wydziału Medycyny Weterynaryjnej SGGW przez trzy lata pracowałem jako lekarz terenowy i zajmowałem się dużymi zwierzętami. Później trafiłem do nieistniejącego już Instytutu w Bydgoszczy, gdzie pod okiem prof. dr. hab. Edwarda Malinowskiego zdobywałem doświadczenie zarówno w praktycznym, jak i naukowym podejściu do leczenia zapaleń wymienia.
Był to czas ogromnych zmian w polskiej hodowli bydła. Rasa hf zaczęła wypierać nasze rodzime bydło ncb, gwałtownie rosła wydajność krów, a wraz z nią pojawiły się problemy z zapaleniami wymienia – wcześniej występujące raczej sporadycznie. Wraz z prof. Malinowskim realizowaliśmy grant badawczy, w ramach którego sprawowaliśmy opiekę „mastitową” nad 16–18 stadami. Z wieloma z tych gospodarstw współpracuję do dziś.
Co przez ten czas najbardziej zmieniło się w podejściu do leczenia mastitis?
Właściwie zmieniło się prawie wszystko. Najważniejsza różnica polega na tym, że dziś nie leczymy już przypadków chronicznych, ponieważ wiemy, że w większości sytuacji nie przynosi to efektów. Dawniej dominowało przekonanie, że wystarczy zidentyfikować bakterię wywołującą zapalenie i zastosować odpowiedni antybiotyk, aby rozwiązać problem.
Dziś wiemy, że to znacznie bardziej złożona kwestia. Leczymy przede wszystkim nowe przypadki zapalenia, a jednocześnie coraz większą wagę przywiązujemy do czynników wpływających na skuteczność terapii. Wiemy już, że takie elementy jak komfort legowisk czy higiena doju mają ogromny wpływ nie tylko na pojawienie się mastitis, ale także na skuteczność leczenia.
A co pozostało niezmienne?
Nacisk na profilaktykę. Już wiele lat temu podkreślano, że kluczowe znaczenie ma zapobieganie mastitis oraz identyfikacja bakterii występujących w danym stadzie. Problem polegał na tym, że brakowało wtedy odpowiednich narzędzi diagnostycznych. Na wyniki badań czekaliśmy nawet kilka dni.
Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Mamy szybkie testy oborowe, które pozwalają uzyskać wstępny wynik nawet w ciągu godziny, a wyniki badań laboratoryjnych często są dostępne już po 24 godzinach. Dzięki temu zapalenia pierwszego i drugiego stopnia mogą poczekać na diagnozę. Leczenie „na ślepo” antybiotykiem stosujemy właściwie tylko w najcięższych przypadkach – zapaleniach trzeciego stopnia.
Jak te zmiany wpłynęły na jakość mleka?
Wpływ był ogromny. Doskonale widać to na przykładzie liczby komórek somatycznych. Kiedyś poziom 400 tys. był dla wielu gospodarstw celem trudnym do osiągnięcia. Dziś przy takich wartościach hodowcy raczej zaczynają się martwić.
Z danych PFHBiPM wynika, że ponad 60% stad objętych oceną użytkowości mlecznej ma średnią LKS poniżej 200 tys. – i to przy jednoczesnym wzroście wydajności krów. To ogromny postęp. Hodowcy coraz częściej widzą też bezpośredni związek między LKS a ekonomią produkcji. Wyższa liczba komórek somatycznych oznacza mniej mleka, a więc również mniejsze przychody.
Udało się znacząco ograniczyć zapalenia kliniczne i w dużej mierze opanować bakterie zakaźne. W ich miejsce pojawia się jednak większa presja bakterii środowiskowych – bo przyroda nie znosi próżni.
Jak ocenia Pan tempo wprowadzania nowych rozwiązań w hodowli bydła?
Niestety niezbyt dobrze. W medycynie zwierząt towarzyszących nowe rozwiązania wdrażane są bardzo szybko. Podobnie jest w produkcji trzody czy drobiu. W przypadku bydła proces ten przebiega znacznie wolniej.
Dobrym przykładem jest badanie mleka zbiorczego metodą PCR. Choć metoda ta jest szeroko dostępna już od prawie dziesięciu lat, dopiero teraz zaczyna na większą skalę wchodzić do praktyki gospodarstw.
Z czego wynika ten opór przed nowościami?
Na pewno nie z braku pieniędzy. Tam, gdzie produkowane jest mleko, pieniądze zazwyczaj się pojawiają – raz większe, raz mniejsze. Problem polega raczej na tym, że hodowcy nie zawsze są przekonani do nowych rozwiązań i nie widzą wyraźnie korzyści z ich wdrożenia.
Tymczasem wiedzy i nowych narzędzi jest coraz więcej. Lekarze weterynarii regularnie uczestniczą w międzynarodowych konferencjach i mają dostęp do najnowszych badań. Wyzwaniem pozostaje przeniesienie tej wiedzy z sal konferencyjnych do codziennej praktyki w gospodarstwach.
Podobnie było z selektywnym zasuszaniem?
Dokładnie tak. Temat ten ma ponad 20 lat – zajmowałem się nim jeszcze z prof. Malinowskim. Jednak dopiero w ostatnich latach hodowcy zaczęli się nim szerzej interesować, głównie w związku z rosnącą presją na ograniczenie stosowania antybiotyków.
Obecnie selektywne zasuszanie stosuje około 20–30% gospodarstw. Sama metoda również ewoluowała. Początkowo jej stosowanie dopuszczano przy LKS poniżej 200 tys., dziś mówimy raczej o poziomie poniżej 100 tys. i dodatkowych warunkach, które muszą być spełnione. Celem jest nie tylko ograniczenie antybiotyków, ale przede wszystkim zapewnienie krowie zdrowego wymienia na kolejną laktację.
Kto najchętniej sięga po nowe rozwiązania?
Przede wszystkim młodzi hodowcy. W ostatnich latach widać wyraźną zmianę pokoleniową w gospodarstwach mlecznych. Starsze pokolenie często inwestuje w roboty udojowe czy nowe technologie, ale robi to głównie po to, aby zachęcić młodszych do pozostania w gospodarstwie.
A młodsze pokolenie jest znacznie bardziej otwarte – zarówno na technologie, jak i na wiedzę. Nie chcą pracować dokładnie tak jak rodzice czy dziadkowie. Jeśli widzą, że coś można zrobić szybciej, lepiej lub efektywniej – chętnie po to sięgają.
Jak wygląda proces ograniczania stosowania antybiotyków?
Największym wyzwaniem jest zmiana sposobu myślenia. Antybiotyk jest potrzebny tylko wtedy, gdy mamy do czynienia z bakterią – nie wtedy, gdy pojawia się samo zapalenie. Niestety wciąż funkcjonuje przekonanie, że przy każdym zapaleniu trzeba automatycznie podać antybiotyk.
Od kilku lat staram się to zmieniać, pokazując jasny schemat postępowania. Antybiotyk jest konieczny tylko w zapaleniach trzeciego stopnia i przy określonych patogenach. W większości gospodarstw można w ten sposób zmniejszyć zużycie antybiotyków przy mastitis nawet o 45–50%, bez pogorszenia zdrowotności stada. Warunkiem jest jednak diagnostyka i identyfikacja patogenów.
Jaki poziom zapaleń klinicznych jest realnie możliwy do osiągnięcia?
Około 1% przypadków miesięcznie. Może to brzmieć abstrakcyjnie, ale jest jak najbardziej realne. Mam obecnie pod opieką dwa stada, które osiągnęły taki poziom, a kolejne jest bardzo blisko tego wyniku.
Jak można dojść do takiego poziomu?
Kluczem jest konsekwentna profilaktyka. W każdym z gospodarstw proces poprawy trwał ponad rok. Zawsze zaczynaliśmy od zidentyfikowania dwóch–trzech najważniejszych czynników sprzyjających zapaleniom i eliminowania ich w pierwszej kolejności.
Potem stopniowo wprowadzaliśmy kolejne elementy: celowane leczenie, jasne procedury, konsekwentną rutynę doju, właściwe środki dezynfekcyjne. Wszystko odbywało się metodą małych kroków – zmieniamy jedną lub dwie rzeczy i sprawdzamy efekt.
Osiągnięcie poziomu 1% zapaleń klinicznych jest możliwe w każdym gospodarstwie. Kluczowe jest zaangażowanie hodowcy oraz pracowników. W stadach, o których wspomniałem, moje zalecenia zostały wdrożone praktycznie w 100%.
Jaki jest dziś największy problem w leczeniu mastitis?
Wciąż podejście do leczenia. Wielu hodowców nie chce zaakceptować faktu, że części zapaleń nie da się wyleczyć. Jeśli jeden antybiotyk nie pomaga – próbują kolejnego, potem następnego.
Tymczasem trzeba jasno powiedzieć: 20–40% zapaleń nie poddaje się leczeniu, ponieważ w wymieniu nie ma już bakterii. A antybiotyk nie leczy zapalenia – eliminuje bakterie. Problem polega na tym, że dziś wszyscy oczekują stuprocentowej skuteczności leczenia. Niestety w biologii takie gwarancje nie istnieją.
Wciąż widoczny jest też opór przed inwestowaniem w diagnostykę, badania czy lepsze środki dezynfekcyjne. I nie chodzi tu o duże inwestycje w maszyny czy budynki. Czasem problemem jest nawet regularny serwis sprzętu czy badanie mleka.
Muszę jednak przyznać, że w stadach, z którymi współpracuję na stałe, ten problem praktycznie nie występuje. Być może właśnie taka współpraca jest jednym z kluczowych elementów sukcesu.

