Krowa na wybiegu, zysk w oborze. Sztuka fittingu i nowoczesnej hodowli na Podlasiu
– Od najmłodszych lat rozwijałem pasję do krów. Choć rozwój gospodarstwa nie jest prosty, nie wyobrażam sobie pracy w mieście – mówi Jakub Szeligowski, który poza hodowlą krów mlecznych z sukcesami szlifuje swoje zamiłowanie do fittingu.
Marcin Jajor

- Mimo barier rynkowych i biurokracji, Jakub Szeligowski z miejscowości Łubnice Krusze z powodzeniem kontynuuje wielopokoleniową tradycję, rozwijając rodzinne gospodarstwo nastawione na produkcję mleka.
- Strategia hodowlana oparta na selekcji krów pod kątem cech funkcjonalnych i wystawowych przynosi wymierne zyski, czego dowodem są sukcesy na ogólnopolskich ringach oraz wysokie parametry produkcyjne i jakościowe mleka.
- Łącząc pracę we własnej oborze z profesjonalnym fittingiem na rzecz innych stad, młody hodowca wdraża nowoczesną wiedzę i planuje budowę zautomatyzowanej obory wolnostanowiskowej dla 200 krów.
Napędzane przez niestabilną sytuację geopolityczną i rosnącą konkurencję, wahania cen środków do produkcji oraz płodów rolnych w skupach oddziałują negatywnie na zysk rolników. Do tego dochodzi nadmierna biurokracja i ogromne poświęcenie, z jakim wiąże się hodowla krów mlecznych. Nic dziwnego, że wielu młodych ludzi porzuca rodzinne strony na rzecz życia w mieście. Nie oznacza to jednak, że na wsi zupełnie brakuje następców, którzy chcą na niej mieszkać i zarabiać. Przeczą temu liczne przykłady, w których poszukiwaniu nasza redakcja zawitała na Podlasie. To tutaj obecność największych w kraju odbiorców mleka oraz stosunkowo dobre ceny jego skupu napędzają rozwój produkcji i hodowli krów.
– Naszej rodzinie nie grozi brak następców, ale sukcesja gospodarstw mlecznych przez młodych rolników nie jest regułą. Nawet jeśli jest komu je przejąć, to wielu młodych bardziej interesuje się mechanizacją produkcji rolnej i związaną z tym technologią. To dla młodych ludzi bardziej atrakcyjna forma rolnictwa, ale tak naprawdę pieniądze są z krów – kwituje Jakub Szeligowski, który wraz z rodzicami, Barbarą i Piotrem, rodzeństwem: Dawidem, Bartoszem i Julią oraz dziadkiem Zenonem rozwija rodzinne, wielopokoleniowe gospodarstwo o areale blisko 100 ha (w tym ok. 65 ha w dzierżawach) w miejscowości Łubnice Krusze.
Na wystawy od 30 lat
– Ogranicza nas tylko brak ziemi, która jest bardzo droga. W naszej okolicy za jeden hektar trzeba zapłacić nawet ok. 200–270 tys. zł. To ogromna kwota i trudno tak na chłodno określić, czy w ogóle to się opłaca. Jednak z drugiej strony wielu hodowców nie ma wyboru, bo krowy muszą jeść, a i gnojowicę gdzieś trzeba spożytkować – wylicza młody hodowca. Pomimo tego wyzwania zamierza zostać na wsi i kontynuować rodzinną tradycję, która sięga trzech pokoleń. Dziadek bohatera naszego reportażu utrzymywał 20 krów. Z czasem stado udało się powiększyć najpierw do 40–50 krów w 2005 r., a następnie do dzisiejszych ok. 80 krów dojnych. Zwierzęta od samego początku były objęte oceną wartości użytkowej bydła. Nie zmieniło się także ich lokum, tj. obora uwięziowa, która wraz z upływem lat przeszła wiele modernizacji, w tym została istotnie powiększona.
– Krowy były moją pasją od samego dziecka. Już jak miałem dziesięć lat, to każdą znałem po imieniu. To pasja, którą zaszczepił dziadek i ojciec, w tym szczególnie dzięki wystawom bydła hodowlanego, na które jeździmy od 30 lat – podkreśla młody hodowca. Wspomina, że pierwsze kroki stawiał podczas konkursów Młodych Hodowców, gdzie na ringu prezentowano cieliczki.
– To była forma zabawy, ale bardzo mi się to spodobało i robię to do tej pory. Nie miałem żadnych wątpliwości, że tak będzie, pomimo wielu innych zainteresowań, w tym sportu, który stale mi towarzyszy – mówi Jakub Szeligowski.
Piękne krowy dają dużo mleka
W czasie studiów, które hodowca ukończył na kierunku zootechnika w murach Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, każdy weekend wracał do rodzinnej obory. – Jest jeszcze za wcześnie na to, żeby rozmawiać o przejęciu gospodarstwa po rodzicach, bo wszyscy pracujemy razem. Generalnie jednak, tak czy inaczej, wiążę swoją przyszłość z krowami – podkreśla nasz rozmówca, który obecnie trzyma pieczę m.in. nad rozrodem i hodowlą krów, doborem buhajów w kontekście realizacji konkretnych celów hodowlanych, a więc nad tym, jak będzie wyglądało stado w przyszłości. W hodowli rodzinnego stada krów dominują cele ukierunkowane na poprawę cech funkcjonalnych, w tym zdrowotności, budowy wymienia i kończyn, ale część krów jest kryta nasieniem buhajów typowo pokrojowych. – Pasjonują mnie wystawy hodowlane. Dlatego skupiam się na poprawie budowy wymienia. Istotne są również takie cechy jak charakter mleczny czy kaliber – mówi Jakub Szeligowski. Według niego ta strategia przynosi oczekiwane rezultaty, bo sam fakt uczestniczenia w wystawach i trofea, które udało się zdobyć, procentują podczas sprzedaży jałówek ze względu na „znaną i sprawdzoną markę”. Łącznie z gospodarstwa Szeligowskich do innych stad trafiło w 2025 r. ok. 15 jałówek hodowlanych. To istotna wartość dodana produkcji mleka.
Według młodego hodowcy z miejscowości Łubnice Krusze, choć w Polsce istnieją jeszcze pewne rezerwy w zakresie prowadzenia hodowli krów mlecznych, wśród producentów mleka widoczna jest stopniowa poprawa świadomości. Wielu zaczyna dostrzegać, że konsekwentna praca hodowlana przynosi efekty, bo produkcja jest bardziej efektywna, a co za tym idzie – bardziej opłacalna. Dlatego coraz chętniej inwestują w dobrą genetykę.
– To nie jest tak, że krowy hodowane z myślą o wystawie nie dają mleka. Oczywiście dobry pokrój krów nie zawsze idzie w parze z doskonałą wydajnością mleczną, ale bardzo często te cechy się uzupełniają – zaznacza Jakub Szeligowski. Potwierdzeniem tego może być krowa Bianka oceniona jako excellent, która jako pierwiastka w 2024 r. zdobyła tytuł czempiona na Ogólnopolskiej Wystawie Bydła Hodowlanego w Bratoszewicach i w drugiej laktacji daje ok. 66–68 litrów mleka dziennie (wg stanu na kwiecień 2026 r.). To jedna z najlepszych krów w stadzie Szeligowskich, która niezależnie od pięknego pokroju doskonale sprawdza się w produkcji mleka.
Liczy się jakość
W oborze na legowiskach znajdują się maty wyścielone trocinami. Zdaniem Szeligowskiego to dobre rozwiązanie, bo krowy są bardzo czyste, a średnia liczba komórek somatycznych w stadzie za 2025 r. wyniosła 95 tys./ml mleka (w czasie naszej wizyty LKS wynosiła 80 tys./ml mleka). – Ze względu na wymogi ze strony odbiorcy mleka zwracamy bardzo dużą uwagę na jakość mleka. Kluczem do sukcesu jest nie tylko dobra higiena w oborze, ale także doskonałe pasze objętościowe i pełne pokrycie potrzeb pokarmowych. Zdarza się, że niektórzy hodowcy czasami skupiają się na samym doju, a zapominają o elementarnych kwestiach – mówi Szeligowski. Uzupełnia, że pomimo uwięziowego systemu utrzymania zwierzęta w rodzinnym gospodarstwie mają również bardzo dobre warunki środowiskowe – suche legowisko, światło i dobrą wentylację. Idą za tym doskonałe wyniki. Krowy dają średnio 13 600 kg mleka od sztuki na rok. Dojone są za pomocą 15 aparatów dwa razy dziennie. Praca dwóm–trzem osobom zajmuje ok. 60–70 minut.
Warto dodać, że zwierzęta są żywione w systemie PMR. Pasza zbilansowana jest na produkcję 30 litrów mleka. Do tego dochodzi pasza treściwa, która jest zadawana sześć razy w ciągu doby automatycznie przez podwieszany na szynie wózek paszowy. Krowy o najwyższej wydajności otrzymują maksymalnie 7 kg paszy treściwej na dobę. Z kolei nieczystości w oborze są usuwane zgarniaczem hydraulicznym typu kret.
– Zawsze mieliśmy czyste i zadbane krowy. To nie jest tak, że wydoimy i idziemy do domu. W praktyce cały czas ktoś jest w oborze i nadzoruje zwierzęta. Poświęcamy dużo czasu na ich obsługę, ale duża w tym zasługa wielu rąk do pracy. Od samego początku korzystamy też z danych w ramach oceny wartości użytkowej krów mlecznych – uzupełnia bohater naszego reportażu.
Pasja do fittingu
Przygoda z fittingiem, a więc wszelkimi czynnościami pielęgnacyjnymi, których celem jest możliwie najlepsze zaprezentowanie zwierzęcia oraz najwierniejsze dopasowanie go do wzorca rasy, rozpoczęła się w 2014 r. po udziale w Szkole Młodych Hodowców w Szepietowie. – Brałem udział w trzech edycjach, w tym w dwóch zostałem oceniony najwyżej spośród wszystkich uczestników, zajmując pierwszą lokatę. Potem jeździłem również do Belgii i Niemiec. Tak narodziła się prawdziwa pasja – mówi Jakub Szeligowski. Obecnie w ciągu roku (poza okresem pandemii COVID-19) przygotowuje usługowo do wystaw hodowlanych ok. 60–80 sztuk bydła. Sezon trwa od marca do września. Zwierzęta są wybierane ok. 3–4 miesiące przed daną wystawą, ale jak podkreśla nasz rozmówca – im wcześniej je oddzielimy od stada i zaczniemy przygotowanie – tym lepiej. Podczas kolejnych wizyt jałowice i krowy są myte, strzyżone i oprowadzane. Według bohatera naszego reportażu liczy się przede wszystkim spokojne podejście oraz stały kontakt ze zwierzętami. W tym przypadku szybkość nie przekłada się na jakość. Trzeba postawić na cierpliwość, dokładność i przemyślane działania.
– Dana sztuka musi mieć czas, żeby oswoić się z kantarem, zawsze warto ją poklepać przy strzyżeniu i przygotować jakieś formy nagrody w postaci paszy treściwej. Zwierzę musi czuć, że spokojne zachowanie się opłaca – radzi fitter. Współpracuje głównie z dużymi ośrodkami hodowlanymi. W praktyce w ciągu ok. 2–3 miesięcy – podróżując od stada do stada – pokonuje kilkanaście tysięcy kilometrów, co jest nie lada wyzwaniem ze względu na obowiązki w rodzinnej oborze. Przyznaje, że pogodzenie obu zajęć jest możliwe wyłącznie dzięki wsparciu rodziny.
– Ogromne znaczenie miała dla mnie możliwość nawiązania nowych kontaktów, w tym z wieloma ekspertami zza granicy, którzy pracują w zawodzie od 30 lat. Mogłem się od nich wiele nauczyć, a wraz ze mną wielu innych znakomitych fitterów, których już dzisiaj nie brakuje w Polsce – mówi Jakub Szeligowski. Uzupełnia, że zdobyta wiedza ma jednak szerszy wymiar, bo przekłada się na codzienne decyzje związane z selekcją krów czy doborem buhajów. – Dokładnie wiem, jak krowa powinna wyglądać, jak powinny być ustawione nogi i jaką budowę musi mieć wymię – podkreśla hodowca.
Plany na rozwój
Dzisiaj jedynym kierunkiem rozwoju jest szczególna dbałość o jakość i wartość pokarmową pasz objętościowych, tak by możliwie efektywnie wykorzystać dostępne zasoby ziemi. Docelowo w planach jest budowa nowej obory wolnostanowiskowej dla krów mlecznych z automatycznym systemem doju. – Biorąc to pod uwagę, podchodzimy spokojnie do potencjalnych zmian i wymogów, które w przyszłości będą faworyzowały wolnostanowiskowy system utrzymania bydła – mówi Jakub Szeligowski. Zaznacza, że ze względu na ograniczone miejsce nowy budynek stanie prawdopodobnie poza siedliskiem, a dzisiejsze lokum dla krów w laktacji zajmie młodzież hodowlana. Nowa obora ma być docelowo obsadzona ok. 200 krowami, ale – uzupełnia hodowca – cały czas trwają rozmowy, czy oprócz poprawy efektywności i zmniejszenia pracochłonności przy obsłudze zwierząt postawić również na istotne powiększenie stada. Kluczowe są tu wspomniane wcześniej ograniczone zasoby ziemi, bez których konieczne może być zwiększenie udziału pasz z zakupu, a to pociągnie za sobą wyższe koszty produkcji. Przy braku gwarancji stabilnej ceny skupu mleka, którą dziś obserwujemy, może to znacznie ograniczyć rozwój gospodarstwa.


