Media plemienne, a nie społecznościowe

Bardzo często zadajemy sobie pytania o wiarygodność w mediach społecznościowych. Aby zrozumieć złożoność tego zjawiska, porozmawialiśmy z dr. Łukaszem Szurmińskim – medioznawcą, przewodniczącym Rady Dydaktycznej i pełnomocnikiem dziekana ds. koordynacji studiów Wydziału Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii Uniwersytetu Warszawskiego.

Tekst: Mateusz Uciński

Panie Doktorze, trzeba przyznać, że media społecznościowe są stosunkowo młode, jednak na całym świecie zyskały ogromną popularność i trudno sobie w tej chwili wyobrazić, że mogłoby ich nie być. Z czego wynika fenomen tej popularności?
Z szybkości przekazywania informacji i interakcyjności (szybko otrzymujemy komentarze, odpowiedzi), z możliwości kreowania treści, wszak każdy z nas może zostać autorem posta lub tweeta, który podadzą sobie i skomentują setki lub tysiące osób. W mediach społecznościowych czujemy się nie tylko biernymi odbiorcami, ale także aktywnymi uczestnikami procesu wymiany informacji. Swoją drogą określenie „media społecznościowe” jest jednak terminem bardzo górnolotnym; nie tworzymy przecież w sieci społeczeństwa, a raczej plemiona, które bardzo często brutalnie się zwalczają, co dało się zauważyć chociażby podczas ostatniej kampanii prezydenckiej, ale i wcześniej było to dość powszechne zjawisko. Czasem się zastanawiam, czy zamiast określenia „media społecznościowe” nie powinniśmy używać określenia „media plemienne”.

Czy można już powiedzieć, że portale typu Facebook, Twitter czy Instagram stały się dominującym medium, które wyparło media tradycyjne, typu prasa, radio czy telewizja?
Tak, ale wszystko zależy od grupy odbiorców, o której mówimy. Wśród osób powyżej 50. roku życia tzw. klasyczne media (prasa drukowana, radio, telewizja) ciągle dominują. Wśród osób młodych mało kto ogląda klasyczną, linearną telewizję ze sztywnymi porami emisji. Serwisy video on demand, streaming, to są źródła rozrywki. A portale typu Facebook stanowią źródło informacji. Jest to zresztą zjawisko obserwowane na całym świecie. Może się to nam nie podobać, ale tak po prostu jest.

Kwestią, nad którą zastanawia się wiele osób, jest wiarygodność treści prezentowanych przez social media. Czy można na nich bazować i de facto ufać informacjom dostarczanym przez powyżej wspomniane serwisy?
Można, byle robić to z głową. Po pierwsze, na tych platformach funkcjonują też wspomniane powyżej klasyczne media; stacje radiowe, telewizje informacyjne, agencje prasowe mają swoje konta w mediach społecznościowych. Po drugie, jest cała masa niezależnych źródeł, organizacji społecznych i różnych NGO-sów, które też dzielą się wartościowymi informacjami. Jeśli dobrze dobierzemy źródła, które chcemy obserwować, to w sferze informacji (newsa) w sumie możemy funkcjonować bez dostępu do tych klasycznych źródeł.

Czy zaczyna się era pogoni za szybką informacją właśnie w mediach społecznościowych zamiast w fachowej prasie? Priorytetem stanie się prędkość rozpowszechniania informacji, a nie jej wiarygodność? Profesjonalnych dziennikarzy zastąpią Ci „społeczni”?
Myślę, że będzie dokładnie odwrotnie. Kilka lat temu w dziennikarstwie obywatelskim, ale także szerzej, w blogosferze, widziano ogromną szansę i alternatywę dla wielkich koncernów medialnych, które koncentrowały się na zarabianiu pieniędzy. Niestety, niewiele z tego zostało. Są świetne blogi kulinarne, podróżnicze, ale to są nisze; bardzo wartościowe, ale jednak o skromnym wpływie na rzeczywistość. Zalew fake newsów na przykład w dobie koronawirusa sprawił, że znacznie wzrosła grupa użytkowników, która jest gotowa płacić za dostęp do treści (czy na papierze, czy za pośrednictwem Internetu), ale pod warunkiem, że będą to treści rzetelne i wiarygodne. I myślę, że to zjawisko będzie narastać. Rosnąć będzie także popularność portali czy mediów społecznościowych, ale wiarygodność podawanych tam informacji będzie traktowana z dużą ostrożnością (badania prowadzone w Europie i USA pokazują małą wiarygodność tych mediów dla użytkowników).

Plotki a fakty. Czy da się je odróżnić w social media?
Da się, chociaż można się nabrać. Pewien elementarz zaleca, aby chwilę się zastanowić, zanim przeczytaną informację podamy dalej, i zwrócić uwagę na takie rzeczy, jak wiarygodność źródła (czy je znamy, cenimy, uważamy za poważne). Czy opublikowanie informacji może leżeć w czyimś interesie, czyli kto na tym zyska? To, co sprzyja rozpowszechnianiu fake’ów, to pośpiech, brak uwagi, funkcjonowanie w bańce informacyjnej, chęć zaimponowania. Mając tego świadomość, skalę zjawiska można trochę ograniczyć.

Internet, media społecznościowe stworzyły pewnego rodzaju system oceny. Oceniamy wszystko, dając „lajki” znajomym, wydarzeniom, firmom, a nawet cmentarzom. To dość subiektywny osąd – czy jesteśmy na niego skazani?
Osąd jest subiektywny, jak recenzja, ale w tym widzę pewną wartość. Oczywiście jest to kwestia proporcji, ale wybierając miejsca warte odwiedzenia, zatrzymania się, np. knajpy, w których można dobrze zjeść, też opieramy się na rekomendacjach innych użytkowników. Nie ma w tym nic złego. Moim zdaniem ważna jest edukacja medialna i wyćwiczenie w sobie nawyku krytycznego spojrzenia na to, co czytamy. Takie podejście i odrobina zdrowego rozsądku naprawdę wystarczą.

Michał R. Wiśniewski w swojej książce „Wszyscy jesteśmy cyborgami. Jak Internet zmienił Polskę” zauważył, że jakiś czas temu w Internecie powstała cała kultura celebrująca tzw. przegryw i malkontenctwo. Czy to właśnie ich komentarze i opinie kreują sieciową rzeczywistość?
Da się, oczywiście, takie zjawisko zaobserwować, ale pan Wiśniewski chyba nieco wyolbrzymił jego skalę albo funkcjonujemy w różnych bańkach sieciowych (różnych środowiskach). Warto także dodać, że część tej „kultury” ma charakter wybitnie prześmiewczy, przerysowany. Żartuje się z konwencji, z autokreacji i lansu, którego szczególnie dużo widać na Instagramie. Warto też dodać, że bardzo dużo zależy od samej platformy, bo na Twitterze z tzw. przegrywem nie spotkałem się wcale.

Jaką rolę w funkcjonowaniu mediów społecznościowych ma swoista autokreacja jej użytkowników? Jakkolwiek by patrzeć, to ogromna pokusa prezentować się tylko z jak najlepszej strony, zwłaszcza że możliwość weryfikacji jest czasem po prostu niemożliwa.
Bardzo dużą, ale nie czyniłbym z tego wielkiego zarzutu; są inne, poważniejsze. Zależy nam na akceptacji innych, lubimy się czuć dobrze na tyle, że czasem trochę ten nasz wizerunek podkoloryzowujemy. Oczywiście wszystko jest kwestią skali i smaku. Facet robiący sobie zdjęcie na ulicy przy luksusowym aucie (cudzym) albo z górą pieniędzy wygląda raczej jak kretyn.
Zajmuje się Pan mediami od dawna. Obserwuje je Pan i analizuje. Czy pokusiłby się Pan o szybkie zestawienie pozytywów związanych z social media i negatywnych aspektów, które im towarzyszą?
Lista negatywów jest dość długa. Hasłowo mówiąc, takie zjawiska jak fake newsy, hejt, pornografia i przemoc seksualna bardzo szybko rozprzestrzeniają się poprzez te media społecznościowe. Są jeszcze takie zjawiska jak cyberbulling, czyli prześladowanie i nękanie w grupach rówieśniczych, patostreamerzy, uzależnienie od sieci, które też są związane z rozwojem nowych technologii i sieci. Do pozytywów zaliczyłbym fakt, że media społecznościowe pozwalają w szybki sposób przekazywać informacje. Podam prosty przykład. Jako dość aktywny użytkownik sieci, o tragicznym wybuchu w Bejrucie wiedziałem, dzięki Twitterowi, mniej więcej godzinę wcześniej, niż informacja ta pojawiła się w polskich mediach tradycyjnych. Innym pozytywnym aspektem jest ich alternatywność i oddolność wobec mediów głównego nurtu. Chodzi mi o to, że często pojawiają się tam komentarze, zdjęcia, filmy, które burzą oficjalne narracje władz; zwłaszcza w krajach z deficytem demokracji i pluralizmu mediów, co jest bardzo ważne.

Czy w ogóle jest możliwa kontrola mediów społecznościowych? Nie mówię tu o ograniczaniu jakichkolwiek wolności, tylko o podniesieniu ich wiarygodności i ochronie przed patologią typu stalking czy hejt.
Tak. Najprostszym rozwiązaniem, mocno ograniczającym zjawisko hejtu w sieci, jest konieczność rejestracji konta na swoje prawdziwe dane osobowe; kwestią drugorzędną jest procedura. Przykłady z FB czy Twittera pokazują, że ludzie piszą obrzydliwe rzeczy także pod swoim nazwiskiem, ale największe hejterskie konta Twittera są jednak anonimowe. Rejestracja kont nie zlikwiduje zjawiska, ograniczy jednak jego skalę, i nie ma nic wspólnego z ograniczaniem wolności wypowiedzi, zwiększa tylko odpowiedzialność za słowo.

Dziękuję za rozmowę.