Nieustanny głód wiedzy

Ona – absolwentka Wydziału Fizyki na Uniwersytecie Warszawskim, urodzona i wychowana w stolicy. On studiował inżynierię środowiska na Politechnice Białostockiej i jest rodowitym Podlasianinem. Od wielu lat są małżeństwem i prowadzą niedużą, ale bardzo wydajną hodowlę krów. Łączy ich głód wiedzy i chęć uczynienia swojego stada jak najlepszym. Niebagatelną rolę w zdobywaniu przydatnych informacji, jak nietrudno się domyślić, pełni Internet, w tym media społecznościowe.

Autor: Mateusz Uciński

Państwo Sylwia i Andrzej Mościccy z miejscowości Dąbrowa-Kity, w gminie Czyżew na Podlasiu, swoją przygodę z hodowlą krów mlecznych rozpoczęli od stadka czternastu sztuk, które pan Andrzej odziedziczył wraz z gospodarstwem po swoim dziadku. Jak wspominają hodowcy, nie były to idealne zwierzęta. Po jakimś czasie, kiedy w stadzie pojawiły się lepsze genetycznie jałówki z własnego chowu, wraz z nimi zaczęły się problemy zdrowotne, między innymi z ketozą.

– Przyznam, że mnie to bardzo martwiło – opowiada pani Sylwia. – Żal mi było tych zwierząt, że cierpią, chorują, że przyjeżdża weterynarz, i zaczęłam się tym interesować. Dużo czytałam na ten temat i, nie okłamujmy się, po prostu wkręcałam się w te zagadnienia i kombinowałam, co zrobić, żeby tę sytuację poprawić. Do tego nagle się okazało, że w naszym mleku pojawiła się woda, co wytknęła nam mleczarnia. Nie oszukiwaliśmy, więc problem robił się poważny. Wtedy pierwszy raz oddaliśmy mleko do badania laboratoryjnego. Z tymi wynikami, które analizowałam na własną rękę, śledząc w Internecie różne fora i strony innych hodowli, jeździłam do mleczarni i tłumaczyłam, że nie mataczymy, tylko mamy kłopoty ze zdrowotnością, a stado jest pod opieką weterynarza. Jednocześnie kontaktowaliśmy się z lokalnym ODR-em, z którego przyjechała do nas pani Oliwia Pawłowska i pokazała, że mamy również problemy z jakością pasz objętościowych, którymi karmimy nasze stado. To ona podpowiedziała nam, że najlepszym rozwiązaniem będzie wejście pod ocenę wartości użytkowej bydła i skorzystanie z usług doradcy żywieniowego. Tak zrobiliśmy i de facto od tego zaczęła się prawdziwa hodowla. Od tamtego czasu minęło już prawie osiem lat…

Nowe możliwości
Było to, trzeba przyznać, bardzo trafne posunięcie. Państwo Mościccy po trzech próbnych udojach zaprosili do swojego gospodarstwa doradcę żywieniowego Krzysztofa Dąbrowskiego z PFHBiPM, który ocenił stan hodowli i wziął się energicznie do pracy, zrobił w stadzie prawdziwą rewolucję żywieniową. Na efekty nie trzeba było długo czekać, bo wkrótce niektóre z łaciatych podopiecznych w gospodarstwie znacznie podniosły swoją wydajność. To z kolei było mocnym impulsem, po którym młodzi hodowcy z nową werwą skupili się na swojej hodowli. Zlikwidowali stado opasów i zaczęli inwestować w bydło mleczne. Zmodernizowali również swoje budynki gospodarskie, między innymi zamontowali dojarkę przewodową, zainwestowali w mieszalnik pasz i paszowóz. Obecnie w odrestaurowanej oborze uwięziowej doją się 24 krowy rasy holsztyńsko-fryzyjskiej, dwie sztuki są zasuszone, a oprócz tego utrzymywanych jest drugie tyle jałówek. Te ostatnie są kluczowe dla poprawy cech genetycznych w stadzie, przede wszystkim wydajności mlecznych, ale także właściwego zawieszenia wymienia i odpowiednio podniesionego zadu. W gospodarstwie państwa Mościckich powszechne stało się genotypowanie, które hodowcy bardzo sobie chwalą. W rozrodzie używane jest nasienie seksowane topowych buhajów z MCHiRZ i od Andrzeja Syczewskiego. Widać efekty takiego podejścia – już trzy jałówki z gospodarstwa stały się kandydatkami na matki buhajów.

Informacja to podstawa
Jak nietrudno zgadnąć, za niewątpliwym sukcesem tej hodowli stoi pasja jej właścicieli i ich wielka chęć nauczenia się o krowach jak najwięcej. Państwo Mościccy aktywnie uczestniczą w szkoleniach i konferencjach, są aktywnymi użytkownikami Internetu, w tym mediów społecznościowych.

– Moja wiedza, którą zdobyłam i zdobywam cały czas, w 80% pochodzi z Internetu – podkreśla pani Sylwia. – Z początku bazowałam na materiałach specjalistycznych i opracowaniach naukowych, które ściągałam sobie z sieci. Nie było to dla mnie trudne po studiach, nie mam problemów z tego typu publikacjami. Czytałam i eksperymentowałam. Naturalnie, konsultowałam te eksperymenty chociażby z naszym żywieniowcem, a uczestnicząc w wykładach, np. prof. Kowalskiego, też dyskutowałam z nim na temat tego, co zrobiliśmy w naszym stadzie. Potem coraz odważniej zaczęłam uczestniczyć w dyskusjach na forach internetowych dotyczących hodowli bydła i w mediach społecznościowych. Moim zdaniem bardzo fajne jest to, że można wymienić się doświadczeniami z hodowcami takimi jak my. Pierwszą platformą było forum Agrofoto, na którym rozmawiam od ponad czterech lat, i udało mi się tam „wyłapać” osoby, które naprawdę znają się na hodowli. Z tymi ludźmi dotąd utrzymuję kontakt, a nawet udało mi się ich zaprosić na konferencję w Piątnicy, gdzie pokazałam im badanie pasz. Muszę przyznać, że na tego typu forach bardzo cenne jest to, że kiedy komuś nowemu tłumaczy się kwestie sobie już dobrze znane, to jeszcze bardziej się je poznaje i utrwala. Podobno Einstein powiedział kiedyś, że tak naprawdę teorię względności zrozumiał dopiero, jak ją komuś po raz trzeci tłumaczył. Dlatego wymiana informacji ma tak ogromne znaczenie, jednak trzeba być bardzo ostrożnym, żeby nie powielać czyichś błędów, korzystając z rad udzielanych na takich grupach. Ja takie niepewne tematy zawsze starałam się weryfikować. Dla mnie tego typu fora są kopalnią wiedzy odnośnie do chociażby produkcji pasz objętościowych. Wypowiada się tam wiele osób, które przez lata się w tym wyspecjalizowały agrotechnicznie i już wiedzą, jak zasiać, potem odpowiednio opryskać i jak finalnie przetworzyć. Naturalnie, trzeba wiedzieć, kogo słuchać i z czyich rad korzystać.

Pani Sylwia od kilku miesięcy aktywnie uczestniczy w życiu hodowlanym na platformie Facebook, chociaż, jak zaznacza, to właśnie koleżanka z forum dyskusyjnego pokazała jej, jak poruszać się w tej społeczności, i poleciła kilka ciekawych grup i profili. Naszą hodowczynię zainteresowały zwłaszcza posty poświęcone rozrodowi i produkcji mleka, jednak zachowuje ona dużą ostrożność w doborze informacji dostarczanych przez użytkowników portalu.

– Jeżeli chodzi o wiarygodność informacji dostarczanych przez Facebook, to mamy pewnego rodzaju paradoks – zaznacza pani Mościcka. – Z jednej strony mamy do czynienia z rzeczywistymi osobami, a nie anonimowymi użytkownikami, jak na forach, a z drugiej – trzeba uważać na to, czy taka informacja jest prawdziwa. Ja sama na jednej z grup podałam wiadomość, której nie byłam do końca pewna. Dobrze, że tym postem zainteresowała się Sylwia Mucharska, nasz doradca ogólny PFHBiPM, która szybko zweryfikowała to, co napisałam, i mogłam to poprawić, niechcący wprowadziłam pewnie wiele osób w błąd. Była to dla mnie nauczka, żeby uważać, co publikuję i krótko mówiąc, „nie nakręcać” swoimi postami innych ludzi, zwłaszcza jeśli zależy mi na ich zaufaniu.
Państwo Mościccy z uwagą śledzą rozwój grupy Ocena PFHBiPM, która niedawno zadebiutowała na Facebooku. Pani Sylwia aktywnie się w niej udziela i uważa, że to bardzo dobre posunięcie ze strony Federacji.

– Jestem tą grupą szczerze zachwycona – podkreśla z mocą hodowczyni. – Usługi federacyjne są kluczowe w naszym stadzie i teraz, dzięki tej grupie, można wreszcie pokazać, jak wielu naprawdę wykwalifikowanych specjalistów stoi za tymi usługami. Żeby się o tym przekonać, wystarczy dołączyć do grupy i zasygnalizować swój problem. Jestem pewna, że odzew będzie bardzo szybki. Teraz, zamiast szukać w wielu miejscach, wystarczy po prostu zapytać u źródła, czyli fachowców, którzy pracują nad tym na co dzień. Liczę na to, że inni hodowcy także będą z tego korzystać i zadawać pytania. Zdaję sobie sprawę, że nie wszyscy są do tego skorzy, ale to żaden wstyd nie wiedzieć i pytać, bo tylko tak się konstruktywnie uczymy. Na przykład niedawno jakiś hodowca zamieścił swoje wyniki z prośbą o interpretację. I właśnie o to chodzi! Nie wiem – to pytam, a nie działam po omacku. Aczkolwiek, znając podejście i sposób myślenia wielu ludzi, ich nieśmiałość, a nawet strach przed ośmieszeniem – zresztą zupełnie niesłuszny – uważam, że warto byłoby się postarać, aby z poziomu tej grupy była możliwość skontaktowania się z konkretnymi specjalistami także na tzw. privie, czyli za pomocą prywatnej wiadomości. Jestem pewna, że wiele osób zdecydowałoby się na taką formę kontaktu i skorzystało z fachowej i sprawdzonej porady. Zwłaszcza że bardzo wielu hodowców obserwuje tę grupę i czyta publikowane posty. Wystarczy ich trochę ośmielić. W każdym razie to był naprawdę bardzo dobry pomysł!

Cóż można dodać? Pozostaje tylko się cieszyć, że mamy tak głodnych wiedzy i chętnych do dzielenia się nią hodowców, jak państwo Sylwia i Andrzej Mościccy. Jak widać, kiedy hodowla staje się pasją, ze wszystkimi przeciwnościami można sobie poradzić. Z całego serca gratulujemy tak zdrowego podejścia. Możemy mieć tylko nadzieję, że aktywność i chęć dzielenia się doświadczeniami tych podlaskich hodowców będzie stale rosnąć. Z ich wiedzą i entuzjazmem o przyszłość dąbrowskiej hodowli możemy być zupełnie spokojni.

Sylwia i Andrzej Mościccy, prowadząc swoje gospodarstwo, nieustannie się uczą, a swoją wiedzą chętnie dzielą się z innymi hodowcami