Spółdzielnia na wariackich papierach

Poznasz głupiego po czynach jego – zwykł mawiać najsłynniejszy filmowy „idiota” Forest Gump. Jak pamiętamy, był on szlachetny w czynach i wyjątkowo wrażliwy, a niskie IQ nie przeszkodziło mu w osiągnięciu sukcesu. Podobnie stało się w Hiszpanii, gdzie pewien zbuntowany psychiatra zebrał swoich pacjentów z całego regionu i wspólnie założyli mleczarnię – taką, której produkty cenione są wyżej od uznanych zagranicznych marek.

tekst: Mateusz Uciński na podstawie „The Guardian” i Fageda.com

Pewnego dnia 1984 r. do burmistrza miasta Olot leżącego na północy Katalonii przyszedł brodaty, wyglądający jak hipis 35-latek i zakomunikował: „Nazywam się Krzysztof Kolumb, przybyłem z wariatkowa i chciałbym prosić o pożyczkę na rozkręcenie interesu”. Jak myślicie, drodzy czytelnicy, jak zareagował ten urzędnik? Wybuchnął śmiechem, wezwał ochronę? Możliwe, że miał na to ochotę, ale zanim to zrobił, porozmawiał z „szaleńcem”. Kiedy go wysłuchał, udzielił mu wszelkiej możliwej pomocy. Najpierw w uzyskaniu od lokalnych banków 90 000 euro, a następnie w zakupie okolicznej podupadającej farmy Els Casals. Gospodarstwo to, przemianowane na La Fageda (Bukowy Las), w krótkim czasie zostało przekształcone w spółdzielnię mleczarską, w której zatrudnia się głównie ludzi chorych psychicznie lub cierpiących na zaburzenia emocjonalnie. Naturalnie, na czele przedsięwzięcia stanął Krzysztof Kolumb, czyli Cristóbal Colón – psycholog, który postanowił leczyć swoich pacjentów za pomocą pracy – przy krowach i przy produkcji mleka.

Wizjoner czy szaleniec?
O ludziach takich jak Colón mówi się, że z niejednego pieca jedli chleb, i trzeba przyznać, że w tym przypadku jest to jak najbardziej prawda. Bardzo wcześnie, bo w wieku 13 lat, osierocił go ojciec, i młody Cristóbal musiał pomagać rodzinie. Porzucił szkołę i rozpoczął praktykę u swojego wuja (szewca). W wieku 20 lat miał już fach w ręku, a nawet własny mały zakład. Do tego pewność, że nic tak dobrze nie wzmacnia ducha i ciała, jak kawał porządnie i starannie wykonanej roboty. Wtedy również dotarło do niego, że chce być kimś więcej niż szewcem. Wrócił zatem do szkoły i w wieku 25 lat zaczął studiować psychologię.

Po studiach, które ukończył z wyróżnieniem, zatrudnił się w zakładzie psychiatrycznym, najpierw w Saragossie, potem w miasteczku Salt w Katalonii. Myślał, że znajdzie pracę z sensem, a zastał zbieraninę pacjentów umarłych za życia. Należy pamiętać, że były to lata 70. ubiegłego wieku, a szpital w Salt był typowo reżimową, frankistowską instytucją, w której murach gnieździło się 900 osób. Władze zsyłały do takich miejsc nie tylko chorych psychicznie, ale też przeciwników politycznych, którzy z czasem, co nietrudno odgadnąć, sami popadali w obłęd. Placówka bardziej przypominała więzienie niż zakład terapeutyczny. Colón chciał przekonać swoich podopiecznych, że praca w ramach terapii zajęciowej ma sens. Niestety, po pewnym czasie sam przestał go dostrzegać w czymkolwiek: w psychologii, psychoanalizie, tym bardziej w marksizmie, za który trafił w czasach dyktatury Franco do więzienia. Przeczuwał jednak, że jeśli istnieje coś, co może uratować jego podopiecznych, to jest to dająca satysfakcję, pożyteczna praca.

Nasz zbuntowany psycholog zakochał się w bukowych lasach koło Santa Pau. Jak wspominaliśmy, kupił od miasta nieużywany lokal, założył spółdzielnię i zatrudnił w niej 14 pacjentów szpitala w Salt, pochodzących z miejscowości Olot i okolic. Przekonał ich i ich rodziny, że praca będzie dla nich najlepszą terapią. Okazało się to strzałem w przysłowiową dziesiątkę.

Kiedy zaczynał, jego specjalna spółdzielnia robotnicza bazowała na pracy fizycznej. Ale Cristóbal chciał farmy mlecznej, połączonej z mleczarnią. I doprowadził do tego.
– Chciałem, abyśmy produkowali coś wartościowego, a nie zapewniali tanią siłę roboczą innym – opowiadał później – Nie wiedzieliśmy, że to się nie może udać. Dlatego odnieśliśmy sukces.

Mistrzowie jogurtów
Trzydzieści pięć lat później Cristóbal Colón zatrudniał w swojej firmie 256 pracowników i osiągnął roczny przychód ze sprzedaży w wysokości 16 mln euro. Działalność La Fagedy, która produkuje wysokiej jakości jogurty, dżemy i lody, była nawet analizowana na zajęciach uniwersytetu Harvarda. Co ważniejsze, jej twórca osiągnął zamierzony cel, polegający na zapewnieniu zatrudnienia prawie całej populacji osób chorych psychicznie, ale zdolnych do pracy, z regionu La Garrotxa. Spółdzielnia współpracuje z opieką społeczną i psychiatrami z powiatu, którzy kierują do niej nowych pracowników. Znajdują oni zajęcie w fabryce jogurtów, zagrodzie, szklarniach, a od niedawna też w wytwórni dżemów. Są tu warsztaty terapii zajęciowej dla tych, którzy nie są w stanie pracować, finansowane ze środków publicznych, dom opieki dla niepełnosprawnych pracowników, mieszkania chronione i świetlica dla emerytów. Spółdzielnia zatrudnia dwie kategorie pracowników. Jak mówi Colón, należą do nich: – Ci, którzy mają certyfikat niepełnosprawności, i ci, którzy jeszcze go nie mają.

Naturalnie, było wiele wzlotów i upadków. Próby założenia warsztatu stolarskiego, lakierni i produkcji kompostu nie powiodły się. Dobrze prosperujący biznes mleczarski został początkowo zrujnowany na skutek wprowadzenia przez Unię Europejską kwot mlecznych. To zmusiło mleczarnię do przeznaczenia całego produkowanego mleka, dostarczanego przez własne stado 350 krów, do produkcji jogurtu. Na szczęście w tym momencie marka La Fageda zaczęła święcić sukcesy, dzięki czemu mogła wzbogacić produkowany asortyment o dżemy własnego wyrobu.
– Popełniliśmy wiele błędów – przyznaje Colón. – Ale zdajemy sobie sprawę, że jest wiele rzeczy, których nie potrafimy, więc pytamy ludzi. I to jest nasza siła.

Obecnie na hiszpańskim rynku La Fageda bez problemu depcze po piętach takim gigantom, jak Danon i Nestle. I bynajmniej nie wynika to z przewagi cenowej, bo ich jogurty są na ogół o kilkadziesiąt eurocentów droższe niż produkty konkurencji. Liczą się jakość i dobra sława, którą cieszy się ta spółdzielnia. Gospodarstwo odwiedzane jest przez liczne wycieczki – zarówno z Hiszpanii, jak i całego świata – które chcą zobaczyć ten „robotniczy raj”.

Chociaż to wszystko wydaje się utopią, dziś można tylko przyklasnąć temu pomysłowi, bo sprawdził się znakomicie, mimo że początkowo wydawał się szalony. Jak powtarza Cristóbal Colón: – W końcu wszyscy jesteśmy stuknięci, tylko niektórzy udają lepiej niż inni. Oby więcej było takich wariatów, jak kataloński Krzysztof Kolumb, a świat zdecydowanie będzie lepszy! 