Detale decydują o podium. Roman Januszewski o kulisach sędziowania i drodze na ring
Jedna decyzja może wywołać burzę na trybunach, a o zwycięstwie często decydują detale niewidoczne dla większości. Choć technologia coraz dokładniej mierzy cechy zwierząt, ostateczny wybór wciąż należy do człowieka. O tym, jak podejmuje się najtrudniejsze decyzje, dlaczego ocena bywa źródłem sporów i jak bardzo zmieniła się polska hodowla, opowiada Roman Januszewski, doświadczony klasyfikator i sędzia z wieloletnim doświadczeniem.
Rozmawiała: Mira Wieczorek

- Zostanie sędzią wymaga nie tylko praktyki hodowlanej i znajomości anatomii, ale przede wszystkim udziału w specjalistycznych, cyklicznych warsztatach krajowych oraz międzynarodowych.
- Na międzynarodowych warsztatach harmonizujących ocena końcowa uczestnika zależy m.in. od precyzyjnego i przekonującego uzasadnienia swojej decyzji (najczęściej w języku angielskim), a nie tylko od samego ułożenia stawki.
- Technologia nie zastąpi całościowego spojrzenia sędziego. Jednocześnie na współczesnych ringach kluczowe jest przestrzeganie rygorystycznych zasad etyki i dobrostanu prezentowanych zwierząt.
W dobie cyfryzacji i oceny genomowej wystawy bydła mogłyby się wydawać przeżytkiem. Tymczasem dla wielu hodowców wciąż pozostają najlepszą wizytówką stada i miejscem wymiany wiedzy.
Czy młodzi ludzie są zainteresowani sędziowaniem?
Zdecydowanie tak, i to bardzo dobra wiadomość dla środowiska hodowlanego. Coraz więcej młodych osób interesuje się sędziowaniem, uczestniczy w warsztatach i chce rozwijać swoje umiejętności w tym kierunku. Jednak droga do zostania sędzią nie jest ani łatwa, ani krótka – wymaga udziału w specjalistycznych szkoleniach i warsztatach, zdobywania doświadczenia oraz pozytywnego przejścia kolejnych etapów weryfikacji kompetencji.
Od czego zacząć?
Sędziowie – i w Europie, i coraz częściej w Polsce to przede wszystkim hodowcy. Zwykle przyszli sędziowie zaczynają swoją karierę od uczestnictwa w wystawach – czy to prezentując zwierzęta, czy jako widzowie. Obserwując pracę sędziego wkręcają się w ocenę, zadają pytanie – która sztuka jest najlepsza, która gorsza. Kiedy wybory – sędziego i własne zaczynają się pokrywać, kandydat dobrze rokuje. Na tym etapie przydaje się umiejętność oceny zwierząt pod względem typu i budowy oraz poznanie obowiązującej terminologii w tym zakresie. Kolejnym krokiem jest uczestnictwo w szkoleniach i warsztatach. W Polsce szkolenia sędziowskie odbywają się co dwa-trzy lata – sędziowie i asystenci sędziów potwierdzają na nich swoje kwalifikacje, kandydaci zdobywają podstawowe umiejętności.
Następnym etapem są szkolenia zagraniczne, które przypominają nasze krajowe, ale… ze względu na międzynarodowy charakter pojawia się tam element rywalizacji i dużego stresu, bo wybory kursantów są konfrontowane z oficjalną oceną przeprowadzoną przez grupę master judges, skupiającą sędziów z wieloletnim stażem.
Jak przebiegają warsztaty?
Warsztaty mają jasno określone zasady. Przyjeżdżają na nie uczestnicy z różnych państw – zazwyczaj maksymalnie dwie osoby z jednego kraju. Oceniają kilka stawek zwierząt, każda po około 6 sztuk. Łącznie daje to mniej więcej 30 krów. Każdy uczestnik ma określony czas – około 15 minut – żeby ustawić ranking. Na końcu oddaje oficjalną kartę oceny, swoją ostateczną decyzję, wspomnianym doświadczonym sędziom master, którzy ustalają oficjalny werdykt.
Co dokładnie jest oceniane – tylko kolejność czy coś więcej?
Zdecydowanie coś więcej. Sam ranking to 60% oceny końcowej uczestnika. Kluczowe jest również uzasadnienie – czyli to, jak potrafisz obronić swoją decyzję. Każdy uczestnik musi wskazać, dlaczego ustawił zwierzęta w takiej, a nie innej kolejności.
I to jest często najtrudniejsza część. Bo można „widzieć” dobrze, ale nie umieć tego precyzyjnie opisać, szczególnie w języku angielskim, który obowiązuje na warsztatach. To właśnie na tym etapie widać największe różnice między kursantami.
Zdarza się, że uczestnicy nie zgadzają się z oficjalnym werdyktem?
Bardzo często i tu nawet nie chodzi o pojedyncze osoby. Większość ma inne zdanie. I właśnie dyskusja jest wartością tych warsztatów. Uczysz się, gdzie twoje spojrzenie różni się od standardu międzynarodowego. Czasem różnice są naprawdę duże. A stawka krów jest bardzo do siebie podobna; to nie są oczywiste przypadki, gdzie jedna krowa wyraźnie odstaje. Różnice są subtelne, kryją się w detalach budowy zwierzęcia. Często decydują niuanse, a różnica między pierwszym a trzecim miejscem jest naprawdę minimalna.
I wtedy właśnie wychodzi doświadczenie sędziego – jego umiejętność hierarchizowania cech i podejmowania decyzji mimo wątpliwości.
Wróćmy na chwilę do początków. Jak wyglądała polska hodowla, kiedy zaczynał Pan sędziowanie?
Można powiedzieć, że pracowaliśmy wtedy z zupełnie innymi krowami. W latach 90. przeciętna pierwiastka miała około 137 cm wysokości. Dziś to blisko 150 cm. Przez 30 lat selekcji zwierzęta wyraźnie „urosły”. Ale to nie tylko o wzrost chodzi. Krowom brakowało przede wszystkim tzw. charakteru mlecznego i dobrych wymion. Wiele zwierząt rodowodowych wywodziło się z naszych ras rodzimych – głównie nizinnej czarno-białej. A one były ogólnoużytkowe.
Czy system oceny też się zmienił?
System, który znamy z ringów, wprowadzono (z różnymi modyfikacjami po drodze) w połowie lat 90., bazując na doświadczeniach z Niemiec i Holandii. Wcześniej stosowano różne, często mało precyzyjne metody, a wiele cech nie było jeszcze w ogóle ocenianych.
Czyli także sędziów trzeba było nauczyć nowej rzeczywistości. Jak wyglądały początki szkoleń sędziowskich w Polsce?
To były pionierskie czasy. Początki więc były trudne, ale bardzo intensywne. Szkolenia odbywały się m.in. w Pawłowicach. Przyjeżdżali tam zagraniczni eksperci, m.in. Niemcy, Kanadyjczycy. Dla nas to było ogromne wydarzenie. Pamiętam wykłady, podczas których omawiano dokładnie każdy element budowy krowy. To była zupełnie nowa jakość. Na wystawach początkowo próbowano różnych systemów oceniania – bywało nawet kilku sędziów jednocześnie na ringu. Dziś standard jest jeden: jeden sędzia podejmuje decyzję i za nią odpowiada.
Co jest najtrudniejsze w sędziowaniu?
Najtrudniejsze są decyzje przy bardzo wyrównanej stawce. Czasem od razu widać zwycięzcę, ale często jest tak, że krowy różnią się minimalnie i trzeba długo analizować, by ustawić kolejność. Tu działa zasada „im więcej wiesz, tym więcej masz wątpliwości”. Ocena zawsze pozostaje nieco subiektywna – tego elementu, choć staramy się go maksymalnie ograniczyć, nie da się całkowicie wyeliminować. Dlatego tak ważne są międzynarodowe warsztaty harmonizacji – żeby zbliżać sposób myślenia sędziów z różnych krajów i ujednolicać ocenę między krajami.
Jaką rolę w decyzji sędziego odgrywa przygotowanie zwierzęcia?
Bardzo dużą. Przygotowania do wystawy zaczynają się wiele tygodni przed nią. Fitter, czyli osoba przygotowująca krowę do wystawy, może mieć znaczący wpływ na końcowy efekt. To nie tylko kwestia estetyki, ale też prezentacji na ringu. Był moment, parę lat temu, kiedy nieco inaczej podchodziliśmy do przygotowań, a krowy prezentowały się na ringu np. z nadmiernie przepełnionymi wymionami. Rodziło to niezdrową rywalizację i zagrażało dobrostanowi krów. Obecnie kierujemy się zasadą, że „zwierzęta prezentowane na wystawie powinny być przygotowane w sposób jak najmniej zmieniający ich naturalny wygląd”.
Wszystkich uczestników wystaw krajowych obowiązuje opracowany przez PFHBiPM Wystawowy Regulamin Etyczny z zaleceniami rekomendowanymi przez EHRC. Określa on zasady dozwolonych oraz niedozwolonych praktyk podczas przygotowania zwierząt oraz rodzaj sankcji w przypadku ich nieprzestrzegania.
Czy w przyszłości sędziego zastąpi technologia? Wyeliminowałoby to element subiektywizmu …
Częściowo już to robi. Są systemy, które analizują budowę wymienia czy ustawienie strzyków dokładniej niż ludzkie oko. W przyszłości z pewnością część cech będzie oceniana automatycznie. Ale sędziowanie na ringu to coś więcej niż pomiar. To też interpretacja, doświadczenie i umiejętność spojrzenia całościowego. Więcej technologii, więcej danych, ale też większe znaczenie wiedzy hodowlanej. Najlepsi będą ci, którzy potrafią połączyć jedno z drugim. Dlatego myślę, że technologia będzie raczej wsparciem niż zastępstwem.
A same wystawy – nadal mają sens w dobie cyfryzacji?
Zdecydowanie tak. Wystawy to nie tylko ocena zwierząt, ale też spotkanie ludzi, wymiana doświadczeń i święto hodowców. Tego nie da się zastąpić online, co wyraźnie pokazała pandemia. Próbowaliśmy wprawdzie organizować wystawy w takiej formie i w tamtym czasie spełniły one swoją funkcję, ale wszyscy z zadowoleniem powitali powrót zwierząt na ringi wystawowe i widzów – na trybuny.


