Skansen zamiast spichlerza. Jak polska krótkowzroczność oddaje pole ukraińskim gigantom
Zahamowanie rozwoju rolnictwa i spadek produkcji – to ponura rzeczywistość, która zaczyna dotykać Polskę. A co w tym czasie robi się w Ukrainie? Dokładnie odwrotnie. Tam się inwestuje, inwestuje i jeszcze raz inwestuje…
Jan Hereditas

Pamiętacie jedno z najbardziej znanych polskich przysłów? „Chwycił Kozak Tatarzyna, a Tatarzyn za łeb trzyma”. To powiedzenie idealnie opisuje obecny klincz, w jakim znalazły się oba narody. Przecież jesteśmy dumni, honorowi, traktujemy się z pozycji dawnej szlachty – czyż nie tak to wygląda? Myślimy, że wygrywamy ten dyplomatyczno-gospodarczy pojedynek. Ukraińcy, wierni logice tego samego przysłowia, uważają dokładnie tak samo. Co więcej, mają powody do gorzkiego uśmiechu, bo pomimo wyniszczającej wojny toczonej z rosyjskim agresorem, idą naprzód i budują potęgę agrarną, nie oglądając się na nikogo.
My w tym czasie potrafimy głównie blokować. Paraliżujemy nowoczesne, zaawansowane technologicznie inwestycje – od wielkotowarowych ferm po biogazownie. Nasza własna, narodowa krótkowzroczność sprawia, że opłacalna produkcja polskiej żywności na dużą skalę staje się powoli niemożliwa. Rolnicy, skrajnie zmęczeni i zniechęceni latami urzędniczych batalii oraz procesów sądowych, po prostu składają broń i rezygnują. Co nam zostanie bez silnych, nowoczesnych gospodarstw? Odpowiedź jest prosta: polskie rolnictwo zostanie zepchnięte do roli skansenu.
Wtedy nasz rynek błyskawicznie i bezlitośnie zdominują zagraniczne koncerny, które tylko czekają, by wypełnić lukę po krajowych producentach. W rezultacie polski konsument będzie skazany na masowo sprowadzane, głęboko przetworzone produkty z państw trzecich, gdzie normy fitosanitarne często istnieją tylko na papierze. Pamiętacie jeszcze te pełne oburzenia głosy i społeczny sprzeciw wokół umowy Komisji Europejskiej z krajami Mercosur? Jak widać, tamta lekcja poszła w las.
Przejdźmy jednak do konkretów, które najlepiej obrazują ten kontrast. Oto dwa jaskrawe przykłady z mediów branżowych.
Niechciane inwestycje na własnym podwórku
Tekst Doroty Kolasińskiej na łamach portalu „Top Agrar” opisuje ostry spór dotyczący planowanej budowy nowoczesnej fermy bydła mlecznego w Bądkach. Burmistrz Zalewa odmówił wydania niezbędnej decyzji środowiskowej, co zablokowało projekt. Inwestor, firma Gospodarstwo KREKI, zaskarżył to postanowienie do Samorządowego Kolegium Odwoławczego, argumentując, że inwestycja spełnia wszelkie rygorystyczne normy, a odmowna decyzja włodarzy jest wyłącznie efektem ugięcia się pod presją społeczną.
Konflikt zaostrza fakt, że lokalna Izba Rolnicza solidaryzuje się tu głównie z małymi gospodarstwami, a mieszkańcy podnoszą tradycyjne obawy o hałas i odór. Przedsiębiorca alarmuje: blokowanie takich projektów to bezpośrednie uderzenie w polską suwerenność żywnościową i modernizację wsi. Ta sprawa idealnie obrazuje szerszy problem społeczny – narastający opór wobec przemysłowej produkcji rolnej na terenach, które od wieków miały charakter stricte rolniczy. O przyszłości tego przedsięwzięcia przesądzą teraz organy odwoławcze oraz zapisy powstającego właśnie planu ogólnego gminy.
W tym samym czasie pod Kijowem: Inwestycje aż miło
Z zupełnie inną rzeczywistością mamy do czynienia za naszą wschodnią granicą. Grzegorz Tomczyk na portalu „Farmer” opisuje nową, wielkoskalową inwestycję w sektorze mleczarskim, realizowaną przez ukraińską spółkę w pobliżu Kijowa. Projekt ten stanowi podręcznikowy przykład dynamicznego rozwoju i postępującej industrializacji ukraińskiego rolnictwa – i to w warunkach permanentnego zagrożenia geopolitycznego.
Kluczowym elementem tej inwestycji jest budowa ultranowoczesnych obór, które docelowo mają pomieścić aż 4000 krów mlecznych. Taka skala automatycznie plasuje obiekt w lidze potężnych ferm towarowych. Aby zoptymalizować koszty i mieć pełną kontrolę nad jakością paszy (TMR), na terenie kompleksu powstaje własny, zaawansowany technologicznie młyn paszowy. Co więcej, integralną częścią fermy będzie nowoczesna biogazownia rolnicza, która zapewni obiektowi niezależność energetyczną, a powstający poferment posłuży jako cenny nawóz organiczny na okoliczne pola.
Ta inwestycja to część potężnego trendu budowy gigantycznych kompleksów agroholdingowych w Ukrainie. Dzięki efektowi skali, najnowszym technologiom i pełnej synergii (pasza–bydło–energia), tamtejsi producenci osiągają gigantyczną efektywność i stają się bezwzględną konkurencją na międzynarodowym rynku.
Będzie płacz i zgrzytanie zębami
Lokalne wojenki między inwestorami a mieszkańcami (w dużej mierze ludnością napływową) mają dziś dla Polski katastrofalne skutki. Prowadzą do systemowego paraliżu modernizacyjnego. Nasza wieś na własne życzenie przestaje być miejscem produkcji, a staje się sypialnią i rekreacyjnym zapleczem dla uciekinierów z miast. Nowi mieszkańcy żądają sielankowej ciszy, zupełnie odcinając się od faktu, że wieś od zawsze żyła z uprawy ziemi i chowu zwierząt.
Obnaża to głęboki, wręcz schizofreniczny paradoks naszej debaty publicznej: jako społeczeństwo domagamy się zdrowej, bezpiecznej i przede wszystkim polskiej żywności, a jednocześnie na poziomie lokalnym robimy wszystko, by nie pozwolić jej wyprodukować. Jeśli nic się nie zmieni, za kilka lat o rodzimych produktach mlecznych czy mięsnych polscy konsumenci będą mogli jedynie poczytać w podręcznikach do historii.
Ustępując pola na własnym podwórku, sami zakładamy sobie pętlę na szyję. Podczas gdy my tracimy energię na wewnętrzne warcholstwo, protesty i urzędnicze absurdy, ukraińskie agroholdingi budują potęgę, która bez litości zmiecie nas z unijnego rynku. To uderza podwójnie w czasach, gdy nasze relacje z Kijowem są tak skrajnie napięte, a historyczne rany, spory o banderyzm i brak elementarnego rozliczenia przeszłości wciąż palą żywym ogniem. Pozwalamy, by kraj, z którym dzielą nas tak głębokie i bolesne tożsamościowe podziały, ogrywał nas bez mydła w czysto biznesowej i strategicznej grze o bezpieczeństwo żywnościowe. Naszą jedynie odpowiedzią jest blokowanie wejścia Ukrainy do UE? Najpierw postawimy mury na granicy, by potem pójść z szabelką na Brukselę. Tylko tyle, niestety potrafimy. Kiedy skończy się ta ślepota, obudzimy się w nowej, brutalnej rzeczywistości: z poczuciem narodowej krzywdy na ustach, ale z pustym talerzem i całkowitą zależnością od sąsiada, który zamiast rozpamiętywać, wolał po prostu działać.

