Czas zacząć płacić za spokój

Jaka powinna być rola lekarza weterynarii obsługującego gospodarstwo mleczne? Czy powinien, mówiąc kolokwialnie, gasić pożar w hodowli, czy przed nim chronić? Między innymi o takich kwestiach rozmawialiśmy z lek. wet. Karolem Wiercińskim, pełniącym jednocześnie funkcję głównego hodowcy w gospodarstwie Polhoz sp. z o.o.

Jest Pan lekarzem weterynarii i jednocześnie głównym hodowcą w gospodarstwie Polhoz sp. z o.o. Czy taka sytuacja w jakikolwiek sposób ułatwia Panu pracę?
Na pewno jest mi łatwiej poruszać się w zagadnieniach, które dotyczą weterynarii. Prościej jest, ze względu na moje wykształcenie, podejmować decyzje dotyczące zdrowia zwierząt, ich środowiska, programów profilaktycznych czy szczepień. Na pewno to, że jestem lekarzem weterynarii i mam podstawy rozumienia zwierzęcia produkcyjnego w jego środowisku, daje mi jakąś przewagę w mojej pracy. To ważne, gdyż dużo problemów zdrowotnych łączy się ze środowiskiem, w którym ono bytuje. Z drugiej strony studia nie przygotowały mnie wystarczająco, nazwijmy to „agronomicznie”, do zarządzania taką hodowlą i cały czas tego się uczę.

Co jest Pana mocną stroną jako prowadzącego taką hodowlę?
Jako lekarz weterynarii i jednocześnie hodowca mam doskonałe podstawy, aby czerpać wiedzę z zagranicy, zwłaszcza z USA, gdzie dairy science nie traktuje osobno problemów weterynaryjnych i hodowlanych. Szeroko obejmuje wpływ zarządzania stadem i środowiskiem na zmniejszanie skali problemów zdrowotnych związanych z warunkami chowu. Mam czasami wrażenie, że w naszym kraju za bardzo próbujemy rozdzielić hodowlę od problemów zdrowotnych i nie wiążemy na przykład zalegania poporodowego z żywieniem, chorób układu oddechowego z wentylacją czy mastitis z czystością krów, nie wspominając o rozrodzie, chorobach nóg czy o brakowaniu. Gdy się policzy, to sama weterynaria w grupie kosztów zarządzania stadem jest mało istotnym składnikiem, stanowi zaledwie kilka groszy w litrze kosztów, przynajmniej powinna, jeśli wszystko jest okej. Jeśli natomiast technologicznie mamy deficyty i musimy je korygować – czy to antybiotykami, czy zakupem jałowic – to koszty robią się znacznie większe. Ostatecznie najbardziej opłaca się unikać problemów.

Czyli da się wyhodować bezproblemową krowę, której praktycznie nie trzeba leczyć?
Właśnie! Musimy zarządzać tak, aby takich krów było jak najwięcej! Żeby ich nie leczyć, a samo leczenie, żeby stanowiło jak najmniejszy udział.

Jest to bardzo dobra idea, aczkolwiek sam Pan wie, że trudno jej sprostać.
Tak, jak najbardziej. Tutaj właśnie widzę rolę lekarza weterynarii, żeby był bardziej zaangażowany w działanie prewencyjne albo żeby wymagano od niego, aby jego rola była właśnie taka. Skupiona w dużej mierze na prewencji i znajdowaniu słabych punktów w technologii hodowli i chowu, proponowaniu właściwych zmian – czy to w środowisku bytowania zwierząt, czy w zarządzaniu – aby tych problemów było jak najmniej.

Czy lekarzowi obsługującemu gospodarstwo hodowlane też by na tym zależało? Logicznie myśląc, im większa prewencja, tym mniejsze zyski z leczenia.
I tutaj dochodzimy do bardzo dużego problemu, bo specjalista, który uczy się całe życie, żeby rozwiązywać problemy w stadach pod swoją opieką, musi zarabiać. Pojawia się jednak pytanie, za co my, hodowcy, chcemy płacić lekarzowi. Czy za to, żeby nam pomagał gasić pożar, czy żeby przed tym pożarem chronił? To nie jest wina wyłącznie lekarzy weterynarii – będę tutaj bronił kolegów – że tak jest ukształtowany nasz rynek. Hodowca, żeby mieć spokój, powinien być gotowy za niego płacić. W przeciwnym wypadku to błędne koło będzie się toczyć

Czyli świadomość leży po stronie hodowcy?
Nie punktuję tutaj ani winy hodowcy, ani winy lekarzy, bo to dylemat na zasadzie, co było pierwsze – jajko czy kura. Tak się ukształtował rynek, lekarz musi leczyć, żeby jego interes się kręcił, czyli im gorzej u hodowcy, tym lepszy obrót u lekarza. Czy na takiej motywacji lekarzy nam zależy?

Przyszła mi do głowy taka konkluzja, że może właśnie teraz jest ten czas, żeby w gospodarstwach przenieść nacisk usług weterynaryjnych z leczenia na zapobieganie, które jest odrobinę zaniedbywane.
…bo często wymaga również zmian ze strony hodowcy, niestety. A to nie jest pożądane. Łatwiej byłoby, gdyby lekarz weterynarii miał na wszystko magiczną tabletkę. Rozwiązał problem, nie zmieniając w gospodarstwie tego, co jest przyczyną. A to, niestety, tak nie działa. Sam wiem, że rozwiązywanie wielu hodowlanych problemów ze zdrowiem wymaga bardzo dużego nakładu pracy i determinacji. Często wiąże się z poprawkami w budynkach, w środowisku zwierząt. Niejednokrotnie zmiany wymagają reorganizacji pracy osób zatrudnionych w hodowli. Bez zaangażowania po obu stronach w rozwiązanie problemu często proces naprawy się zatrzymuje. Znam to z własnego podwórka. To, za co mam tylko zapłacić, jest dla mnie najłatwiejsze. To, co muszę zrobić sam, nie stanowi problemu, ale wyegzekwowanie pewnych zachowań od podwładnych to wymagający czasu i trudny proces, i nie powiem, żeby był zawsze przyjemny. Podsumuję tylko, że zarządzanie zespołem ludzi zawsze jest wyzwaniem.

Na pewno obserwuje Pan środowisko hodowlane. Co uważa Pan, z punktu widzenia lekarza weterynarii, za największe problemy polskiej hodowli? Czy jest to słynna „wielka trójka”, czyli mastitis, rozród i kulawizny?
Moim zdaniem największym problemem jest brak danych, niezbędnych do analizy sytuacji i podejmowania właściwych działań. Jest to chociażby brak informacji ekonomicznych, aby wiedzieć, czy konkretne działanie się opłaca, czy nie, czy wprowadzone zmiany poprawiły rentowność, czy nie. Naturalnie, jako hodowla, jesteśmy pod oceną użytkowości mlecznej, korzystamy z tych analiz, jednak moim zdaniem, to cały czas za mało.

W takim razie, jakie dane byłyby dla Pana przydatne?
Chociażby pregnancy rate. U nas jest to bardzo mało popularne, podczas gdy na Zachodzie jest to bardzo ceniony wskaźnik, gdyż wiadomo, że każdy jego procent przekłada się na konkretne pieniądze. Na Zachodzie nie mówi się już o zużyciu słomek do inseminacji czy okresie międzywycieleniowym. Do tego, jak wspominałem wcześniej, brakuje konkretnych danych ekonomicznych, żeby chociażby śledzić koszty żywienia. Brakuje ustandaryzowanego systemu wyliczania kosztów produkcji, tak aby można było się porównywać z innymi producentami i szukać optymalnej strategii dla własnego stada, opierając się na danych ekonomicznych, a nie na intuicji. Pokusiłbym się nawet o stwierdzenie, że największą chorobą polskiego biznesu, nie tylko hodowlanego, jest brak kalkulatora. Brak przeliczania, szukania rozwiązań przez kalkulacje. Wracając do naszej branży, przecież hodowla bydła i produkcja mleka to raczej nie hobby, i musi przynosić pieniądze. Hodowla, która nie przynosi pieniędzy, nie ma racji bytu. Ekonomia jest śmiertelną chorobą dla krów. Ba, można powiedzieć, że najbardziej śmiertelną ze wszystkich, bo w ciągu tygodnia może zabić nawet całe stado. Próba powiązania ekonomii, środowiska, w którym zwierzęta bytują, zdrowia i żywienia jest tym, czego nam najbardziej brakuje. Mastitis pewnie będzie zawsze, problemy z rozrodem zawsze będą wyzwaniem, ale mamy świetnych fachowców, którzy się w tym specjalizują. Proszę zwrócić uwagę, że wszystkie obszary związane z produkcją mleczną muszą być ekonomiczne. Na szczęście nie da się zachować ekonomii bez dbałości o zdrowie i dobrostan zwierząt hodowlanych.

Ciekawi mnie, w kontekście zdrowia, co Pan sądzi o antybiotykoodporności.
W tym temacie pozwolę sobie przytoczyć słowa mojego profesora od farmakologii, który zawsze nam tłumaczył, że nie można antybiotykami korygować problemów technologicznych. Przykładowo, jeśli hodowca ma problemy z wentylacją, co sprzyja rozwojowi chorób układu oddechowego, to powinien postarać się ją poprawić, a nie stosować antybiotyki. Jeśli ma problem ze zbyt częstym występowaniem mastitis, to powinien rozwiązać przyczynę, a nie zaleczać problem. Owszem, są one bardzo ważnym odkryciem XX wieku, ale musimy się nimi posługiwać właściwie, tak abyśmy my także mogli z nich korzystać dla ochrony własnego zdrowia. Podpisuję się pod wszystkimi inicjatywami, które dążą do tego, aby ograniczyć stosowanie antybiotyków. Uważam, że trzeba do tego zachęcać, a nawet przymuszać, bo kiedyś się może okazać, że te leki nie zadziałają, gdy nasi bliscy będą w potrzebie. Zaznaczam, że nie chodzi tu o eliminację antybiotyków i odebranie hodowcom możliwości korzystania z nich, ale o wspólne szukanie rozwiązań w celu redukcji zużycia. Istnieją kraje europejskie, gdzie współpraca lekarza weterynarii z hodowcą w celu ograniczania antybiotyków jest silnie motywowana i przynosi to korzyści dla obydwu stron. Bo jeśli po takiej kooperacji w stadzie używa się mniej antybiotyków, to znaczy, że liczba przypadków występowania choroby jest mniejsza, hodowca zaoszczędził na leczeniu i może się podzielić z lekarzem, który pomógł mu tego dokonać. W takiej sytuacji wygrywają zwierzę, hodowca i lekarz. Myślę, że jeśli taki model współpracy nie będzie promowany, to raczej będziemy zaklinać problem antybiotykoodporności, niż go rozwiązywać. 

Karol Wierciński