Uprawa soi to przyszłość, ale błędy kosztują. Wskazana symbioza z producentami mleka

Tomasz Witkowski, rolnik z mazowieckiej miejscowości Czajki podzielił się doświadczeniami w uprawie soi. Uprawia soję od trzech lat i planuje zwiększyć areał z 30 do 50 hektarów. Zwraca uwagę na istotność głębokości siewu oraz na problemy związane z fitotoksycznością, które mogą wpływać na plony. Mówi o przygotowaniu gleby oraz o konieczności stosowania odpowiednich herbicydów. Dzieli się swoimi obserwacjami dotyczącymi warunków pogodowych i ich wpływu na plony. Zwraca się także do hodowców bydła i producentów mleka.

Rozmawiał: Jan Hereditas

Tomasz Witkowski
Tomasz Witkowski uprawia soję od kilku lat, fot. Jan Hereditas

Zacznijmy od podstaw – od ilu lat uprawiasz soję w swoim gospodarstwie?

Dopiero od trzech lat. To mój trzeci sezon, więc cały czas zbieram doświadczenia. Nie zdążyłem jeszcze, że tak powiem, „powąchać” wszystkich problemów, które mogą się z tą uprawą wiązać.

Czyli w tym roku jesteś już po siewach? Kiedy dokładnie wjeżdżałeś w pole?

Tak, soja już posiana. Zazwyczaj celuję w przełom kwietnia i maja, w tym roku był to sam początek maja.

Czy z roku na rok zwiększasz areał tej uprawy?

Obecnie mam posiane 30 hektarów. Taki areał był mi potrzebny, żeby zachować odpowiednią strukturę zasiewów i zróżnicowanie w płodozmianie. W przyszłym roku planuję jednak zwiększyć powierzchnię do około 50 hektarów. Docelowo chciałbym, żeby soja zajmowała co roku jedną trzecią gospodarstwa. Co ciekawe, w pierwszym roku też zacząłem od razu od 30 hektarów – to był taki mocny bodziec na start.

Nie wolno się bać. Własne doświadczenia uczą

Podziel się swoimi pierwszymi wrażeniami. Jeszcze kilka lat temu słyszałem od rolników, że próbowali uprawy soi, a potem ze wstydu nawet nie przyznawali się, jakie zbierali plony. Jak to wygląda u Ciebie? Co decyduje o sukcesie?

W tej uprawie wszystko musi być dopilnowane na sto procent. Jeśli miałbym wskazać najważniejszy błąd z początków, to zdecydowanie jest to głębokość siewu, a dokładniej – jej nierównomierność. Gleba musi być przygotowana idealnie, tak aby nasiona trafiły równo na głębokość około 4,5 do 5,5 centymetra.

Dlaczego to takie ważne? Jeśli zasiejemy za płytko i przyjdzie susza, soja po prostu nie skiełkuje. Z kolei, gdy przyjdą ulewne deszcze, rośliny wschodzące z płytkiej warstwy są natychmiast dziobane przez gołębie, które potrafią zniszczyć liścienie. Ta soja, która wychodzi z głębszych warstw, ma znacznie większe szanse na ucieczkę przed ptakami.

A jakie są inne kluczowe wyzwania w agrotechnice soi?

Jeszcze poważniejszym problemem jest fitotoksyczność. Soja to roślina wyjątkowo, wręcz niewiarygodnie wrażliwa na pozostałości herbicydów stosowanych w uprawach następczych. Przekonałem się o tym na własnej skórze.

Zasiałem soję na stanowisku po rzepaku, który półtora roku wcześniej – a dokładnie rok i siedem miesięcy – był pryskany Nawigatorem (zawierającym m.in. chlopyralid i aminopiralid). Wydawało się, że minęło sporo czasu. Początkowo soja wzeszła pięknie, ale gdy korzenie weszły głębiej i zaczęły pobierać substancję z gleby, rośliny nagle skarłowaciały. Na etapie drugiego, trzeciego potrójnego liścia soja po prostu przestała rosnąć. To była ewidentna fitotoksyczność po środku użytym półtora roku wcześniej. Wiedziałem jednak, że to mój błąd agrotechniczny, a nie wina samej rośliny, dlatego nie zrezygnowałem z jej uprawy.

Co w takim razie przekonuje ciebie do soi, mimo takiego ryzyka?

Po pierwsze, to roślina dla każdego – zasiejesz ją praktycznie każdym siewnikiem, nawet najzwyklejszym stopkowym. Po drugie, rynek zbytu jest pewny, a jako roślina bobowata (motylkowa) generuje dodatkowe dopłaty z Agencji. Po trzecie – i to jest super sprawa – im mniejszy, starszy kombajn, tym lepiej ją zbiera. Mniejszy kombajn to węższy heder. Łatwiej wtedy nisko „ciąć” roślinę nawet na nie całkiem równym polu. No i najważniejsze: soja robi niesamowitą robotę w płodozmianie dla stanowiska. Bakterie brodawkowe produkują azot. Dodatkowo nie zauważyłem, żeby jakość gleby drastycznie limitowała plon.

Soja na mazowieckich polach pod koniec maja, fot. Jan Hereditas

Na jakich glebach ją gospodarujesz?

Moje mozaiki to głównie klasy od IIIa do IVb. Chociaż tej dobrej trójki mam już niewiele, w większości to klasa IIIb i IVa. Dwa lata temu posiałem ją testowo nawet na przełamaniach z V klasą gleby i powiem szczerze: z kabiny kombajnu nie było widać różnicy w plonie. Fakt, że wtedy pogoda bardziej sprzyjała – na początku było sucho, ale później przyszły deszcze i było ciepło. W tamtym roku z kolei miałem gorszy grunt i spore problemy ze wspomnianą fitotoksycznością, ale cała reszta agrotechniki zagrała. Pomimo tych błędów, dwa lata temu zebrałem 2,5 tony z hektara i w tamtym roku również 2,5 tony. Taki plon pokrywa koszty produkcji i pozwala zarobić.

Zboża w tym czasie chyba nie dały takiego wyniku finansowego?

(śmiech) No, o rynkowych cenach zbóż wole się głośno nie wypowiadać, zostawmy to.

Jak oceniasz ten rok? Czy soja w twoim rejonie boi się wiosennych przymrozków?

Moim zdaniem przymrozki to nie jest największy problem soi. Pod względem wrażliwości na chłody postawiłbym ją na podobnym poziomie co kukurydzę. Wiadomo, w tamtym roku miejscami wymarzła, ale wtedy mieliśmy do czynienia z potężnymi, nietypowymi przymrozkami majowymi. Prawdziwym wyzwaniem jest co innego: ochrona doglebowa.

Soję pryska się bezpośrednio po siewie dość mocnymi herbicydami doglebowymi. Ponieważ paleta środków nalistnych jest bardzo uboga, czysta doglebówka to podstawa.

Ochrona chemiczna może pokrzyżować palny

Jakich substancji używasz do ochrony przed chwastami?

Jestem zwolennikiem zasady: im bogatsza mieszanka, tym lepsze spektrum działania. Na początku testowałem miksy metrybuzyny, metobromuronu i pendimetaliny. W tym roku zrobiłem mocną mieszankę trójskładnikową z tych substancji, póki jeszcze można. W przyszłym roku metrybuzyna wypada z rynku, więc trzeba będzie kombinować. Mam nadzieję, że do tego czasu zarejestrują u nas dimetenamid-P (z preparatu Wing P).

To jest w ogóle absurd naszej polityki rejestracyjnej. Lekarz z zagranicznym dyplomem może nas leczyć w szpitalu, a my w Polsce nie możemy legalnie zastosować oprysku, który jest od dawna zarejestrowany i powszechnie używany w innych krajach. Przecież jesteśmy cywilizowanym krajem z wysoką kulturą rolną! Wiadomo, chodzi o pieniądze i koncerny, ale przez te biurokratyczne głupoty mamy pod górkę. Jeśli ten dimetenamid-P wejdzie, to w połączeniu z metobromuronem i pendimetaliną stworzy solidną ochronę.

Na liściu widać ślady po oprysku imazamoksem, na który soja jest podobno niemal niewrażliwa, fot. Jan Hereditas

A jak na te doglebówki reaguje sama soja, gdy pogoda nie dopisuje?

I tu dochodzimy do sedna. Gdy po siewie przychodzi fala chłodów, soja drastycznie zwalnia tempo wzrostu. Leży w ziemi, w tej strefie, gdzie zaaplikowaliśmy doglebówkę. Stożek wzrostu soi dociera do tej strefy, i roślina pobiera jej więcej, niż powinna. Roślina zaczyna wtedy „łykać” chemię. Tej fitotoksyczności często nie widać gołym okiem, ale ona tam jest – osłabia stożek wzrostu i hamuje roślinę. Dlatego przy siewie soi nie patrzę na to, jaka pogoda jest dzisiaj, ale na to, co prognozują za tydzień czy półtora. Chodzi o to, żeby soja wschodziła w cieple i jak najszybciej uciekła z warstwy z herbicydem.

Z drugiej strony, soja ma niesamowity plus – genialnie radzi sobie ze zwięzłą glebą. U nas na polach potrafi zrobić się taki beton, że łyżeczką ciężko go skrobać, a kiełkująca soja bez problemu przebija tę skorupę.

Czyli susza glebowa jej tak bardzo nie straszy?

Pod warunkiem, że zostanie zasiana w wilgotną warstwę gleby i odpowiednio głęboko – tak jak mówiłem, nawet na 5,5 centymetra przy dużym deficycie wody.

Kolejna techniczna sprawa: pole pod soję bezwzględnie warto zwałować. Wał posiewny to prosta i tania maszyna, każdy ma do niej dostęp. Dlaczego to ważne? Soja wiąże strąki bardzo nisko, więc musimy kosić tuż przy samej ziemi. Jeśli pole jest zakamienione i nierówne, kombajn będzie łapał kamienie. Po zwałowaniu ziemia jest równa i twarda, więc stół hederu może iść tuż nad gruntem. Trzeba tylko uważać na pagórkowatym terenie. Jeśli na polu są górki, wał potrafi mocniej docisnąć glebę na wzniesieniach i zmienić głębokość siewu – zamiast 5,5 cm zrobi się nagle 7 czy 8 cm i przy gorszych warunkach soja z tej głębokości może mieć problem wyjść. Ale ogólnie, przy zachowaniu reżimu, roślina radzi sobie świetnie.

Poza tym, redlice siewnika tworzą górki ziemi, odgarniając ją na bok podczas siewu. Wał częściowo ją zagarnia z powrotem i może się zmienić głębokość ułożenia nasion. Nie wolno wałować zbyt wilgotnej ziemi. Soja się przebije, ale bakterie brodawkowe, będą miały słaby dostęp do powietrza i nie będą mogły produkować azotu. Po zbytnim uwałowaniu, konieczne będzie skruszenie tej skorupy, by zapewnić dostęp powietrza.

Szczepienie nasion, czy gleby?

A jak podchodzisz do tematu inokulacji, czyli szczepienia nasion bakteriami brodawkowymi?

Dzisiaj na rynku jest taki wybór preparatów, że to żadna filozofia. Trzeba to robić. W tamtym roku próbowałem co prawda aplikacji doglebowej – zaszczepiłem nasiona, a zaraz po siewie przed deszczem puściłem opryskiwacz z bakteriami na glebę. Doszedłem jednak do wniosku, że tradycyjne szczepienie nasion daje stuprocentową pewność. Nawet jak czyszczę sekcje siewnika po robocie, to widzę, że cały podzespół jest oblepiony tym czarnym torfowym nośnikiem.

Zauważyłem też, że szczepionka doglebowa ma sens ewentualnie jako zabieg ratunkowy, aplikowany w czasie deszczu na wschodzące rośliny – wtedy woda łatwo zmywa bakterie do strefy korzeniowej.

Sprawdzasz później na polu skuteczność tej symbiozy? Wykopujesz rośliny, żeby zobaczyć brodawki korzeniowe?

Oczywiście, to jest absolutna podstawa kontroli plantacji. Pierwsze sprawdzenie robię, jak tylko pojawi się trójlistek. W tym roku soja u mnie dopiero szpilkuje, więc ten etap jeszcze przede mną. Co ciekawe, dwa lata temu z jakiegoś powodu tych brodawek praktycznie nie było, a mimo to soja sypnęła 2,5 tony. Podejrzewam, że to zasługa wysokiej zasobności stanowiska w azot po wcześniejszych uprawach.

Widoczne brodawki na korzeniu soi, fot. Jan Hereditas

A co robisz w sytuacji, gdy tych brodawek faktycznie brakuje? Jak ratować plantację?

Wtedy nie ma wyjścia – trzeba podać azot pod korzeń w postaci saletry albo rzucić mocznik. Na stanowiska gorsze też, szczególnie z lekką ziemią. Warto też wspomóc rośliny dolistnie. Moim zdaniem kluczowy dla soi jest bor, molibden, mangan oraz cynk. Soja, im lepsze ma warunki, tym lepiej plonuje, chociaż ma też sporą tolerancję na gorsze stanowiska. Dobrze radzi sobie na glebach lekko kwaśnych – pod tym względem postawiłbym ją obok rzepaku czy kukurydzy. Odczyn pH musi być uregulowany, bo bakterie brodawkowe tego wymagają.

Wspomniałeś o doglebówce jako bazie odchwaszczania. Czy w trakcie wegetacji poprawiasz jeszcze jakimiś zabiegami nalistnymi?

Przy zastosowaniu dobrej mieszanki doglebowej i odpowiedniej wilgoci zazwyczaj jest spokój do końca sezonu. W tamtym roku, mimo że rok był wilgotny i chwasty miały idealne warunki do wzrostu, doglebówka trzymała pole czyste aż do zbioru i żaden zabieg poprawkowy nie był potrzebny.

Uważam, że strategię trzeba dobierać pod konkretne spektrum zachwaszczenia na danym polu. Po wycofaniu metrybuzyny, naszą jedyną deską ratunku w nalistnej poprawce zostanie imazamoks (np. Pulsar). Problem w tym, że jeśli na polu pojawi się szarłat szorstki, który zdążył się już uodpornić na tę grupę chemiczną, to po przepuszczeniu doglebówki możemy takiemu chwastowi, brzydko mówiąc, skoczyć na pukiel. Nie ma go czym ugryźć. Dlatego doglebówka wykonana szybko, w terminie i pod prognozę pogody to jedyna droga do czystej plantacji.

Dlatego dimetanamid p jest ważny. To podobno jedna z najlepszych substancji zwalczających szarłat.

A jak soja reaguje na niedobory wody w krytycznych fazach, czyli podczas kwitnienia i zawiązywania strąków? Zaobserwowałeś u siebie redukcję plonu z tego powodu?

Szczerze mówiąc, na tym etapie mojego doświadczenia ciężko mi wyciągać daleko idące wnioski. Przez ostatnie dwa lata w okresie kwitnienia soi akurat mieliśmy sporo wilgoci. Tamten rok był w ogóle specyficzny – chłodno i cały czas mżyło lub padało. Dwa lata temu z kolei było trochę bardziej sucho i widziałem pojedyncze kwiatki, które opadły i nie zawiązały strków, ale skala tego zjawiska była niewielka. Cały czas się uczę i na razie jestem na etapie opanowywania bazy agrotechnicznej, więc takich subtelnych niuansów fizjologicznych jeszcze stuprocentowo nie analizuję.

Na początku naszej rozmowy wspomniałeś o zbiorze. Mówiłeś, że to roślina wręcz stworzona dla mniejszych, starszych kombajnów. Jak wygląda technika koszenia soi?

Kosi się dosłownie po samej ziemi. I tutaj wracamy do tego, dlaczego to wałowanie posiewne jest tak kluczowe. Gdy stół hederu idzie tuż nad gruntem, pole musi być idealnie równe jak stół. Wtedy operator może bezpiecznie opuścić przyrząd żniwny i wyciąć rośliny przy samym węźle krzewienia, nie gubiąc najniżej osadzonych strąków i nie ryzykując uszkodzenia maszyny kamieniami. Im węższy heder, tym niżej da się ciąć.

I to pozwala na czysty zbiór bez strat…

Dokładnie tak. Jeśli pole jest dobrze przygotowane, zbiór to już czysta przyjemność.

Zbiór soi. Stare kombajny w ruch

Dokończmy wątek zbioru. Omówiliśmy już kwestię niskiego koszenia, bo strąki soi wiszą bardzo nisko nad ziemią.

Tak, najniższe strąki potrafią wisieć zaledwie 7 centymetrów nad gruntem, ale to zależy też od konkretnej odmiany. W tamtym roku miałem z tym spory problem. Gdybym dysponował hederem typu Flex (z elastyczną belką nożową), byłoby idealnie. Nie mam jeszcze takiego sprzętu, ale na pewno w niego zainwestuję, jeśli na poważnie wejdę w tę uprawę. Przy tradycyjnym sztywnym hederze pierwsze strąki, zawiązane poniżej 5 centymetrów, były po prostu trudne do zebrania.

Powiedz mi, jak układasz płodozmian? Po jakich roślinach soja sprawdza się u ciebie najlepiej?

Soję można spokojnie siać po kukurydzy – to jest świetne stanowisko. Doskonale udaje się też po burakach cukrowych, gdzie stanowisko pod względem struktury gleby i łatwości uprawy bywa nawet lepsze. Jednak to po kukurydzy siew jest prostszy z innego powodu. Soja na początku czerpie głównie z rezerw zgromadzonych w nasionie. Nawet jeśli na polu zostanie sporo resztek po kukurydzy, to dysponując odpowiednim siewnikiem, bez problemu ukryjemy nasiona w glebie.

Czyli ze zbóż jako przedplonów w ogóle zrezygnowałeś?

Mam w gospodarstwie zboża, ale akurat pod soję staram się wybierać te mocniejsze stanowiska.

Dlaczego? Czy zboża to za słabe stanowisko dla soi?

Nie o to chodzi. Po prostu uprawa soi, w przeciwieństwie do buraka cukrowego, wybacza drobne niedociągnięcia w uprawie gleby i toleruje resztki pożniwne. Burak wymaga idealnej, „wygłaskanej” struktury i bardzo płytkiego, precyzyjnego siewu. Jeśli w ziemi zalega gruba warstwa słomy, burak sobie nie poradzi – trzeba kilkukrotnie uprawiać pole, żeby doprowadzić je do ładu.

Z soją nie ma tego problemu. Siejemy ją głębiej, na te 4-5 centymetrów, więc boczna słoma jej nie przeszkadza. Co więcej, nasiono soi to potężny rezerwuar energii i wilgoci. Nawet jeśli gleba na głębokości siewu jest przesuszona, soi wystarczy minimalna ilość wilgoci, by nasiono zaczęło pęcznieć. Ta duża, przypominająca połówkę grochu kulka, pod wpływem wilgoci potrafi potroić swoją objętość w glebie. Burak w takich warunkach w życiu by nie wszedł, a soja „pompuje się” i bez problemu startuje.

I biorąc pod uwagę późniejsze wałowanie pola, wschody nie stanowią problemu?

Dokładnie, to kolejny mocny argument za tą uprawą. Uważam, że potencjał soi w Polsce jest ogromny. Jaki jest sens masowego importu śruty sojowej GMO, skoro możemy wyhodować czyste, rodzime białko tutaj, na miejscu? Mamy zbliżone wydajności do krajów bałtyckich. Słyszałem, że na Litwie czy Łotwie zbierają średnio nawet 4 tony soi z hektara. Skoro oni, gospodarując dalej na północ, osiągają takie wyniki, to dlaczego my nie mielibyśmy spróbować?

Wspomniałeś o plonie 2,5 tony, który Cię satysfakcjonuje, ale czy w naszych warunkach 4 tony są realne? Może warto podpatrzeć, jak robią to sąsiedzi z północy?

Te 2,5 tony to plan minimum, który pokrywa koszty, ale ambitnego rolnika to nie satysfakcjonuje. Największa frajda jest wtedy, gdy człowiek sam dojdzie do wysokich wyników metodą prób i błędów. Wyniki z Litwy mogą wynikać ze specyfiki klimatu – latem na północy dzień świetlny jest znacznie dłuższy, a soja to roślina wrażliwa na fotoperiod. Niemniej, nie dzielą nas od nich tysiące kilometrów, żeby różnice były kolosalne. Moim celem jest wypracowanie stabilnego, powtarzalnego średniego plonu na poziomie 3 ton z hektara. Taki wynik w pełni mnie zadowoli.

Soja ma przyszłość, bo rozwija się hodowla bydła

Przyszłość przed soją rysuje się w jasnych barwach, chociażby ze względu na dynamiczny rozwój hodowli bydła mlecznego w Polsce. To sektor, który notuje stałe wzrosty produkcji mleka. Producenci mleka, zamiast ograniczać produkcję w czasach trudnych, często zwiększają jej skalę i szukają stabilnych źródeł białka.

Powiem szczerze: ogromnie podziwiam hodowców bydła mlecznego i życzę im jak najlepiej. To jest niezwykle ciężki kawałek chleba.

To ludzie, dla których praca w gospodarstwie staje się całym życiem, bo krowy wymagają opieki 365 dni w roku. Cieszę się, że polscy hodowcy osiągają tak doskonałe wyniki produkcyjne. Widać to po ich gospodarstwach, nowoczesnym parku maszynowym i inwestycjach.

Ta symbioza między producentami polowego białka a hodowcami bydła jest kluczowa. Oni potrzebują paszy, ale sami często nie mają czasu ani wolnego areału na uprawę soi, bo dla nich kukurydza jest ważniejsza

Oczywiście. Baza paszowa w takich gospodarstwach kręci się wokół kukurydzy na kiszonkę i użytków zielonych. Zakup wysokobiałkowej śruty to dla nich ogromny koszt. Dlatego soja produkowana lokalnie, w kraju, ma gigantyczną przyszłość. Moglibyśmy, a wręcz powinniśmy odchodzić od importu.

Druga kwestia to unijne absurdy regulacyjne. Oficjalnie w Polsce nie wolno nam uprawiać kukurydzy czy soi modyfikowanej genetycznie (GMO), ale jednocześnie do kraju szerokim strumieniem płynie pasza oparta na imporcie GMO. W imię czego blokuje się naszych rolników? Gdyby przepisy na to pozwalały, sam chętnie kupiłbym odmiany odporne na herbicydy, żeby uprościć i potanić technologię ochrony.

Chodzi Ci o uproszczenie walki z zachwaszczeniem?

Dokładnie. W Stanach Zjednoczonych powszechne są odmiany soi odporne na konkretne substancje, gdzie plantację można bezpiecznie i tanio opryskać chociażby preparatami opartymi na kwasie 2,4-D czy MCPA.

Dla rośliny uprawnej modyfikowanej genetycznie taki zabieg jest całkowicie bezpieczny, a uderza w chwasty. Co najważniejsze: 2,4-D to bardzo stara i sprawdzona substancja czynna, na którą chwasty przez dekady nie zdołały wykształcić odporności. Przy okazji to rozwiązanie niezwykle tanie. U nas, z powodu braku takich narzędzi, agrotechnika soi i ochrona doglebowa stają się o wiele bardziej skomplikowanym i kosztownym wyzwaniem.

Dziękuję za rozmowę i za to, że podzieliłeś się z rolnikami swoimi doświadczeniami.

Tomasz Witkowski zwiększy areał uprawy soi, fot. Jan Hereditas