Zielona rewolucja w oborze. Przykład niderlandzki denerwuje i pobudza myślenie

Trwa zielona rewolucja w hodowli bydła i produkcji mleka. Liczenie emisji, ekoschematy dobrostanowe, to co dzienność dla wielu gospodarstw mlecznych. Ale nie tylko to. Zmieniła się hodowla, przyszła genomika. Cechy, o których nie dyskutowano wypłynęły na wierzch. Produkcja mleka w Europie zmienia się na naszych oczach.

Jan Hereditas

Bydło mleczne w oborze
Jak będą zarysowane polityki kierowane do hodowców bydła w nowej Wspólnej Polityce Rolnej?, fot. Jan Hereditas
  • Nie ma takiego rolnika, który nie słyszał o zielonej rewolucji. Europejski Zielony Ład na dobre rozgościł się w polityce rolnej. I rozgości się jeszcze bardziej, nie zwracając uwagi na to, czy hodowcom będzie to podobało się.
  • Raczej nie ma też takich hodowców, którzy nie słyszeliby o tym, co dzieje się w Holandii. Rolnicy z tego kraju jako pierwsi stanęli na linii obrony tego, co znamy z przeszłości, choć sami mają trochę za uszami.
  • Czego uczy nas holenderski poligon doświadczalny? Jakie wnioski wyciągniemy z tego, co się dzieje w Niderlandach? Być może powinno być tak, jak jest i nie trzeba dyskutować o wyzwaniach i ich podejmować?

Statystycznie rzecz ujmując na początek

Holenderscy hodowcy bydła mlecznego do dziś nie mogą pogodzić się z ograniczeniami, jakie narzucane są na produkcję mleka w ich kraju. Problem z jakim się mierzą narastał od lat, a wynikał on m.in. z ekstremalnego zagęszczenia zwierząt. Co więcej, Holandia ma najwyższą w Unii Europejskiej obsadę zwierząt na km2.

Ten niewielki kraj liczący niespełna 42 tys. km2 pomieścił blisko 4 mln sztuk bydła. Oznacza to, że na każdy kilometr kwadratowy przypada tam 90 sztuk bydła. A przecież nie tylko krowy utrzymują holenderscy rolnicy. Dla porównania, Polska posiadająca 312 tys. km2 ma pogłowie bydła wynoszące 6,14 mln szt. Każdy kilometr obsadzamy 20 szt. takich zwierząt. Mamy ich pięciokrotnie mniej na km2.

Holenderski poligon doświadczalny

Nic nie dały protesty rolników nazywane wojnami azotowymi. Nie pomogły zrzeszenie i tworzone przez producentów partie. Holenderski rząd pozostaje nie ugięty. Wprowadzał radykalne kroki w celu ograniczenia pogłowia bydła mlecznego i robi to dalej. Stosowano celowy wykup gospodarstw mlecznych przeznaczając blisko 1,5 mld euro na ten cel, a premie do 1 mln euro na hodowcę, który zobowiąże się dożywotnio porzucić swój warsztat pracy miały uspokoić nastroje. Kolejne limity, tym razem w stosowaniu gnojowicy jako nawozu podcinały skrzydła holenderskim hodowcom krów. W sumie do 2030 r. pogłowie bydła ma spaść o około 1/3, a do tego przyczynić ma się kolejny program, właśnie uruchomiony przez holenderski rząd. Z naszej perspektywy ten świat wygląda inaczej. Będzie mniej mleka. Ale nie tylko to powinno nas obchodzić. Holendrzy pokazują, jak będzie wyglądała przyszła Wspólna Polityka Rolna.

Dają na środowisko, nie na produkcję

Holenderska Agencja Przedsiębiorczości ogłosiła dziś (29 kwietnia 2026 r.) rozpoczęcie procesu przyjmowania wniosków na programy zarządzania przyrodą w rolnictwie. Na razie jest to tzw. pilotaż z niedużym budżetem wynoszącym 20 mln euro, jednak to ciąg dalszy wdrażania strategii środowiskowych w tym niedużym kraju.

Nabór wniosków potrwa do 3 czerwca br. O pieniądze mogą ubiegać się wspólnie, spółdzielnie rolników i przedsiębiorcy rolni. Miło będzie widziane jeśli w takim konsorcjum znajdzie się także ośrodek naukowy. Agencja wskazuje tutaj na znane nie tylko w Europie Wageningen University & Research (WUR/WEnR) i Sovon Vogelonderzoek Nederland.

Holendrzy pokazują wyraźnie, w jakim kierunku będzie podążać przyszła polityka rolna. U nas, tradycyjnie, nie wiele o tym się mówi. Na razie wolimy kłócić się o wysokości budżetów i kwot dotacji niż rozmawiać o wizji przyszłości.

Nowa polityka położy jeszcze większy nacisk na finansowanie wspólnych projektów, którymi będą zarządzali zarówno rolnicy, jak i szeroko rozumiani konsumenci, czyli społeczeństwo nic nie mające wspólnego z pracą w gospodarstwach rolnych. Tak to będzie wyglądało. II filar Wspólnej Polityki Rolnej zostanie zastąpiony „wspólnymi” projektami. Zresztą sami Holendrzy wskazują, że priorytety środowiskowe będą zapewniały wszystkim obywatelom wspólne dobra. Dotacje, właśnie uruchamiane w Holandii przygotowują ich do nowej Wspólnej Polityki Rolnej od 2028 roku. Tego nie kryją.

Wobec tego, Agencja zachęca rolników do uruchamiana projektów np. chroniących ptaki łąkowe i tych, które gniazdują na polach uprawnych. Będzie wspierała programy wprowadzające gospodarkę o obiegu zamkniętym i wdrażające produkcję ekologiczną. Im wyzwania będą poważniejsze, wiążące się nawet z utratą dochodów, zmuszające przedsiębiorców do poważnych zmian odnośnie ochrony środowiska, tym zwiększa się szansa na otrzymanie dotacji. Obszarami priorytetowymi stają obszary Natura 2000, łąki torfowe, obszary ochrony wód podziemnych i doliny rzeczne.

55 tys. euro na fermę krów

Zapewne holenderscy producenci mleka nauczyli się żyć pod presją. Sami pewnie także, gdzieś w zakątkach swoich dusz zgadzają się z tym, że intensyfikacja produkcji mleka w ich kraju poszła za daleko w odniesieniu do posiadanych zasobów ziemi. Szukali wielu rozwiązań. Eksportowali i eksportują separat z gnojowicy, próbują produkować z niego nawozy. Innowacje ich wspierają, jednakże to ciągle za mało, aby zmieniło się myślenie holenderskiego społeczeństwa. Sprawy „azotowe” poszły za daleko, a tamtejsze emisje z gospodarstw rolnych są pod ciągłą kontrolą i coraz większą presją.

Rolnicy wzięli się na sposób i informują niezmiennie o tym, co robią, jak produkują mleko i w końcu, jakie koszty biorą na siebie samych, żeby zadowolić resztę społeczeństwa. Przykład płynie z farmy bydła „deElschof”, która utrzymuje 170 krów dojnych i trochę mniej młodzieży. Jeszcze niedawno oprócz krów hodowano w gospodarstwie trzodę chlewną, z której jednak zrezygnowano. Hodowcy zainwestowali w nową oborę i wyspecjalizowali się w produkcji mleka.

Państwo Johan i Christel van de Kamp z czwórką dzieci, oprócz tego, że bardzo kochają to co robią, mocno udzielają się na platformach społecznościowych. „Żaden dzień nie jest tu taki sam, zawsze coś się dzieje, jeśli nie na farmie, to w naszej rodzinie. Uważamy, że to dobre życie, mimo że praca nigdy się nie kończy” – tak w skrócie definiują swoje codzienne życie na jednej z nich, które oprócz radości przynosi także cięższe chwile.

Właśnie nadszedł trudniejszy czas. „To może nas dość zasmucić…” – oświadczyli hodowcy.

„Wczoraj i dziś wywieziono z naszej fermy już 900 m3 pięknej gnojowicy, pełnej minerałów i innych ważnych składników odżywczych dla naszej ziemi. 700 m3 nawozu zostanie usuniętych w przyszłym tygodniu. W tym roku koszty naszego depozytu nawozowego wzrosną do co najmniej 55 tys. euro” – informują.

Hodowcy, co skrzętnie pokazują, są jeszcze aktywni na innym polu. Regularnie przyjmują na farmie stażystów z MBO Dairy Farming, a także prowadzą sprzedaż bezpośrednią z gospodarstwa mleka i nabiału. Na fermie stoi mlekomat niewymagający ciągłej obsługi domowników. Kto chce napić się mleka prosto od krowy, przyjeżdża, wrzuca monety i odjeżdża z pełną butelką cudownego, pełnego substancji odżywczych białego napoju.

Świat, o którym marzyliśmy. Już go nie ma

Hodowcy bydła mlecznego w Holandii byli wzorem dla naszych producentów mleka. W niezbyt odległych czasach, w okresie transformacji ustrojowej w naszym kraju chcieliśmy mieć tak samo piękne samice, które dają dużo mleka. Chcieliśmy, bo już takie mamy. Genetyka, a w szczególności genomika zrobiły to, co miały zrobić. Przyspieszyły rozwój hodowli i dały dodatkowych argumentów do selekcji bydła w kierunku zdrowych i silnych krów z dużym potencjałem produkcyjnym, stawiając m.in. na ekonomikę produkcji mleka.

Mamy to, co było naszym marzeniem także przed wiekami. Holendrzy utrzymują przede wszystkim bydło holsztyńsko-fryzyjskie, podobnie jak Polacy. To bydło było nazywane po prostu bydłem holenderskim.

„O krowy holenderskie pilno się staram…” pisał w 1625 r. Krzysztof Skrobowicz, zarządzający majątkiem Krzysztofa II Radziwiła w Birżach, o czym wspominali historycy Henryk Wisner i Krzysztof Wolski.

Krowy holenderskie były uznawane za szczególnie wartościowe, szczególnie wartościowe, „dobre do nabiału”. Były bardzo drogie. Jedna sztuka kosztowała 100 złotych we wspomnianym 1625 r. Dla porównania w tamtych latach za jednego wołu płacono w Lublinie 16,5 złotego. Takie krowy posiadali wtedy nieliczni. Należeli do nich: Jan Zamoyski, Lew Sapieha i Maria Kazimiera. Marysieńka miała w swoim folwarku w Ostrowie „olenderskiego bydła sztuk 20”.

Jakie wnioski wyciągniemy z tego co się dzieje w Holandii? Mamy to, o czym marzyliśmy, przyglądamy się temu, co się dzieje w kraju ze stolicą w Amsterdamie. Holenderski przykład mówi wiele. Ziemia jest strategicznym zasobem, a Wspólna Polityka Rolna od 2028 r. nie będzie już tą polityką, którą znamy. Dyfuzja zamiast koncentracji? Inwestycje w efektywność, a nie w skalę? Temat pozostaje otwarty.