Farmerzy poróżnili się. Poszło o oznaczenie wołowiny
Wołowina w USA to produkt narodowy. Jedzą ją prawie wszyscy. Ale czy wiedzą skąd ona pochodzi?
Jan Hereditas

- Ogromny spór prawny rozgorzał wobec znaku graficznego „Product of USA”.
- Starli się ze sobą nie tylko farmerzy, ale także kongresmeni.
- Czy nowy – stary symbol wpisuję się w retorykę „America First” i czy o to chodziło amerykańskim ranczerom?
27 marca br. obchodzono był w Stanach Zjednoczonych dzień rolnictwa. Z tej okazji Brooke Rollins zajechała przed Biały Dom wymalowanym w amerykańskie barwy ciągnikiem marki Case IH Magnum. Ta amerykańska marka, bo tak ją postrzegają farmerzy, należy dziś do międzynarodowego koncernu CNH, w którym prym wiodą Włosi. O tym raczej niewielu z nich chce słyszeć.

Ale przenieśmy się w czasie tylko o kilka dni wcześniej. Administracja Donalda Trumpa szykująca się na wspomniane święto ogłosiła sukces i poinformowała o wprowadzeniu symbolu „Product of USA”, Ten symbol ma wskazywać amerykańskim konsumentom produkty wytworzone przez rodzimy przemysł rolno-spożywczy i świadczyć o tym, że są wytworem pracy rąk amerykańskich ranczerów. Sprawa, wydawałoby się jest banalnie prosta. Produkty spożywcze mają być opatrywane w wyraźną amerykańską symbolikę (symbol pokazujemy powyżej) i wskazywać „zjadaczom chleba”, których powinni poszukiwać na sklepowych półkach.
Sprawa banalna, a rozpętała się burza
I się zaczęło. Rozpętała się istna burza w mediach, a spierający się w nich Amerykanie zaczęli stawiać kluczowe pytanie: czy ogłoszony sukces faktycznie jest na miarę oczekiwań amerykańskich farmerów? Bo jak się okazało, amerykańska administracja przemilczała niektóre fakty z tym związane.
Oczywiście zwolennicy Donalda Trumpa odpowiadają twierdząco na tak postawione pytanie. Przeciwnicy ruchu MAGA są bardziej sceptyczni, zarzucając temu środowisku czysty populizm.
Przyjrzeliśmy się, jakie argumenty padają z obu stron sporu, żeby wyrobić sobie zdanie w tej kwestii, bo przecież podobna symbolika, polska oczywiście, jest widoczna na wielu produktach rolno-spożywczych w naszych krajowych sklepach.
Spór o znak graficzny
Jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach i tak jest tym razem. My, Polacy to wiemy, Amerykanie właśnie się o tym przekonują.
Przez lata, to fakt, można było dodawać symbolikę USA do wołowiny nawet takiej, która była importowana np. z Brazylii czy Argentyny, a przetworzona do konsumpcji w USA. Teraz już tego robić nie można dzięki zmianom prawnym, których dokonał USDA – amerykańskie ministerstwo rolnictwa. Produkt z etykietą USA musi być „czysty”, musi w całości powstać w Stanach Zjednoczonych.
Ten fakt przyjmują przeciwnicy Trumpa, w głównej mierze demokraci, ale zarzucają jego administracji, że w oznaczeniu m.in. wołowiny chodzi o coś więcej.
„Mówisz nam więc, że zagraniczne firmy zajmujące się pakowaniem mięsa, które przez dziesięciolecia oszukiwały zarówno amerykańskich producentów, jak i amerykańskich konsumentów, ustalając ceny i wprowadzając ich w błąd, nagle dobrowolnie ujawnią skąd pochodzą ich produkty?” – pytał, raczej retorycznie, jeden z farmerów amerykańską minister rolnictwa.
Bo gra idzie, nie tylko o to, czy „Product of USA” jest w 100% amerykański. Dopytują o oznaczanie produktów skąd one pochodzą, jeśli nie widnieje na nich symbolika USA?
W tym wypadku starcie odbywa się już na poziomie kongresmenów, gdzie po jednej stronie znajdują się republikanie, a po drugiej demokraci.
Okazało się bowiem, że wprowadzenie przepisów ustanawiających „Product of the USA” nadzorował Tom Vilsack, sekretarz rolnictwa z gabinetu Joego Bidena i właśnie je „udoskonaliła” administracja Donalda Trumpa.
Nadal nie ma w USA wymogu prawnego nakazującego znakowanie kraju pochodzenia produktów. I tak samo jak „Produkt Polski”, „Product of USA” jest produktem dobrowolnym i nie obowiązującym tak zwanych BigPackers.

